LAO CHE – Soundtrack

1. District Line, Wimbledon Branch, 
Westbound, At Putney Bridge
2. 4 piosenki
3. KołysanEgo
4. Jestem psem
5. Na końcu języka
6. Dym
7. Już jutro
8. Zombi!
9. Govindam
10. Idzie Wiatr

Jeśli spojrzeć na dorobek Lao Che to każdy album wydaje się z zupełnie innej bajki a jednocześnie głos Spiętego spina je (LOL) tak, że kawałki grane obok siebie nie ważne z jakiego albumu mają wspólny mianownik. W czym to tkwi? Do dziś nie znam odpowiedzi. Za to wiem, że „Soundtrack” jest albumem intrygującym i równie niełatwym jak ostatni „Prąd Stały/Prąd Zmienny” czy szczególnie debiutanckie „Gusła”.

Może zacznę od tytułu krążka, który idealnie pasuje do tego co słyszymy. Ten krążek należy zabrać ze sobą do jakiegoś klimatycznego miejsca, ubrać słuchawki i wkręcić się. Bo uprzedzam, że przebojowości „Gospel” tutaj nie uświadczycie. Bo na pierwsze przesłuchanie zarówno 4 piosenki jak i Kołysanego brzmią bardzo leniwie. Ale już Jestem psem kopie po głowie takim tekstem i podkładem, że robi się psychodelicznie i bardzo bardzo wciągające. Nawet nieco hip – hopowo to brzmi, fani Fisza nadstawcie uszy… Musicie się przygotować, że kompozycje są dość długie a petard w rodzaju Hiszpana nie uświadczycie.

Ale to nie znaczy, że Lao Che odpłynęło do jakiejś hipsterskiej krainy. Kompozycje są po prostu eksperymentalne i mają cechy specyficznego soundtracku. Tak jest w Na końcu języka gdzie zgiełk atakuje tylko chwilami stopniuje napięcie i dzieli utwór na kilka części. Jakoś tak się złożyło, że najbardziej lubię te bardzo osobiste teksty Spiętego więc jako pierwszy bardzo spodobał mi się Dym traktujący o starciach wokalisty ze Stwórcą. Już jutro to cholernie zakręcona rzecz pełna instrumentalnych przeszkadzajek i takim pseudo disco rytmem, kolejny ciekawy reprezentant krążka, podoba mi się w nim motyw gitary w tle, he, he.

Ci którzy słyszeli Zombi wiedzą, że to cholernie przebojowy song, nośny i z moim ulubionym tekstem na krążku. Takiego numeru grupa jeszcze w dorobku nie miała i nic dziwnego, że wdarł się na listę przebojów Trójki. O tym kawałku można napisać, że to fajerwerki, fajerwerki i jeszcze raz fajerwerki! I jest to w pewnym sensie rzeczywiście „upiorny” kawałek Stanowczo mój ulubiony!

W Govindam Spięty wciela się w postać żeńską – naszą Ziemię. Historia przez nią opowiadana jest na tle bardzo ładnie zaaranżowanej elektroniki, to bardzo ciekawy kawałek z duszą. A finał… finał trwa prawie dziesięć minut. Idzie wiatr to rzecz hipnotyzująca rozkręcająca się powoli i urzekająca swoim klimatem. Zresztą cały album jest bardzo… hmmmm… zimowy. Poruszający wyobraźnię, zmuszający do kreowania obrazów. To dzieło bardzo dojrzałe. Momentami smutne, refleksyjne i ambitne. I nawet jeśli komercyjnie polegną to artystycznie wygrali. Ostatnio grupy z naszego podwórka tak mają… najpierw Happysad teraz Lao Che… podejrzewam, że równie melancholijne brzmienie dopadnie nowy krążek Hey. Czy to źle? Skądże. Przebojowość na koszt artystycznej dojrzałości? Niektórym wychodzi to na dobre. Lao Che wyszło. 9/10 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s