DEFTONES – Koi No Yokan

1. Swerve City
2. Romantic Dreams
3. Leathers
4. Poltergeist
5. Entombed
6. Graphic Nature
7. Tempest
8. Gauze
9. Rosemary
10. Goon Squad
11. What Happened To You?

Zanim podejmę się dokładnej analizy tego albumu słów kilka o tym jak trudno mi się było za to zabrać. I jakie były tego powody. Przyznam szczerze, że ciężko mi zabrać się za nowe Neurosis, Archive i Baroness choć swoje już odleżały. Nową Katatonię też rozgryzłem całkiem niedawno a olśnienie w temacie „Koi No Yokan” przyszło dwa dni temu… Ale zanim o samych utworach, chciałbym prześledzić to co działo się z grupą w przeszłości, wyłapać czynniki, które sprawiły, że powstał ten album. Album trudny, ale piękny.

Cofnijmy się do czasów „Adrenaline” – szybkie porównanie do Korna i wrzucenie do nu metalowego worka. I świetnie, dzięki temu grupa szybko się z niego wyrwała i zaczęła szukać nowych rozwiązań. Deskorolkę i młodzieńczą wściekłość zastąpiła psychodelia i delikatne zerkanie w stronę choćby The Cure. I tak powstało „Around The Fur” gdzie obok takich strzałów w pysk jak Rickets mieliśmy genialne Be Quiet And Drive (Far Away). Dojrzeli nam panowie, dokoptowali Franka Delgado i zaczęli brać stanowczo za dużo dragów. Ba, potem to jeszcze zgrabnie opisali i powstał pomnikowy „White Pony”. Klasyk pogania klasyk i jeszcze Maynard jako wisienka na torcie. W między czasie zaliczyli hit (Back To School rzecz jasna – moim zdaniem to manifest ” Kochany wydawco, potrafimy zrobić hit, ale wcale nie musimy, ale skoro już Ci go potrzeba, to masz i się odpierdol”). Sypnęło zielonymi ale sypało się też życie Chino co moim zdaniem widać na „Deftones”. Grupa zaczęła coraz bardziej oddalać się od formuły wypracowanej na poprzednich albumach i chyba zaczęli słuchać nieco innej muzyki bo numery w rodzaju Lucky You czy Anniversary Of a Uninteristing Event zdradzały wpływ choćby post rockiem. Po krążku z rarytasami, w których można było zobaczyć, że kręci ich choćby Sade przyszedł czas na eksperymentalny, genialny brzmieniowo moim zdaniem, „Saturday Night Wrist” z kopalnią przepięknych ale pokrytych podskórnym strachem melodii. Beware i Cherry Waves to dla mnie jedne z ich najlepszych numerów ever. A potem stało się to w co wielu nie mogło uwierzyć – wypadek Chi. Roboczo zatytułowany album „Eros” poleciał do kosza a jego miejsce zajął „Diamond Eyes”. To był dla mnie złoty czas słuchania ich bo udało mi się być na koncercie. MAGIA W CZYSTEJ POSTACI. I legendarne afterparty, kto był ten wie… „Diamond Eyes” zaskoczył mnie i był niczym nowe otwarcie. Zgrani, zwarci gotowi! You’ve Seen The Burcher, Sextape, Beauty School te trzy utwory to dla mnie esencja emocji w piosence. A reszta nie była gorsza. I tak dochodzimy do „Koi No Yokan” – jednych bardzo rozczarował innych zachwycił. Mnie na początku wprawił w konsternację bo po „Diamond Eyes” nie tego się spodziewałem. Ale ten krążek jest przyczajony nie odkrywa swego piękna od razu! Wiem, przydługi i może lekko męczący wstęp. Ale z tych wynurzeń będę korzystać opisując ten krążek, także nie są one bezpodstawne.

Wraz z pierwszymi taktami Swerve City pomyślałem o „Around The Fur” po raz pierwszy i nie chodzi tu agresję ale skondensowanie utworu do nie całych trzech minut przy jednoczesnym braku niedosytu. Witajcie w świecie „Koi No Yokan”! Romanitc Dreams natomiast to jakby zderzenie klimatu „White Pony” z „Diamond Eyes” – ładnie płynie, szczególnie w refrenie. Ale nową jakość wprowadza jak dla mnie Leathers – długie delikatne intro a potem chłosta, to numer naładowany elektryzującymi emocjami – nic dziwnego, że wybrali go na pierwszy promocyjny!

Po raz drugi „Around The Fur” przyszło mi do głowy przy Poltergeist, Chino bardzo fajnie tutaj szczeka a w refrenie świetnie operuje czystymi partiami. Słucham tego numeru jak o nim piszę i podnosi mi ciśnienie, są ciary!Przedni motyw z klaskaniem, to ten rodzaj unikalnej dla Deftones wścieklizny doprawionej psychodelą. Nie kumam jakim cudem nie zakochałem się w Entombed od pierwszych dźwięków. Toż to jeden z tych wałków od których łzy same cisną się do oczu. Stanowczo jeden z najlepszych utworów na krążku wraz z Tempest i Rosemary. Świetne jest to, że część numerów jest tak melancholijnie rozwleczona – i tu właśnie sięgnąłbym do rzeczonych Beware i Cherry Waves z „”SNW”. A co powiecie na Ghrapic Nature, które moim zdaniem nie tak daleko do estetyki „Adrenaline” – cholernie przyczajony numer! Podoba mi się takie skakanie stylistyczne na tym krążku. I znamienne jest odarcie muzyki z różnych eksperymentalnych dźwięków, nie ma tu takich numerów jak „Pink Cellphone”, które są fajne ale pasują bardziej do Crosses czy Team Sleep. Przy całej swojej długości Tempest nie zmienia za bardzo kierunku, nie eksploduje zmianami kierunku i jest cholernie seksowny! I o to chodzi, oto chodzi! Krążek jest równie zwarty co poprzedni, ale nie kopiuje pomysłów na nim zawartych. To po prostu „Koi No Yokan”.

Gauze bardzo przyjemnie buja mimo ciężaru gitar, ale to przy Rosemary moje serducho zaczęło bić szybciej – nie ukrywam, że jestem mega fanatykiem ich wolniejszych przesyconych melancholią i refleksją numerów. Prawie siedem minut mojej ukochanej zespołowej magii, i choć doprawiają to mocniejszymi akcentami to jest pięknie, szczególnie koniec utworu uwodzi. Goon Squad płynie sobie na początku leniwie, następnie temat robi się bardziej skoczny i pojawia się coś na kształt „prawie solówki” (jakkolwiek głupio by to nie brzmiało). Na koniec zwykli serwować numer co najmniej dziwny i tak jest tym razem. What Happened To You? ma w sobie coś z RX Queen – wiecie, ta specyficzna rytmika. I chciałem zauważyć, ze są tu bardzo natchnione wokale Chino, jakby z innego świata.

Jedenaście numerów. Pięćdziesiąt minut z okładem. Macie całą zimę by pokochać ten krążek. By go odkryć. Nie chwyci za gardło od razu. I chwała mu za to. Widzieli co robili i wyszły im wszystkie założenia. Daję 10 z pełną odpowiedzialnością. Moje osobiste perełki? Swerve City, Leathers, Poltergeist, Entombed, Tempest, Rosemary, What Happened To You? /Stanley

One comment on “DEFTONES – Koi No Yokan

  1. Popieram recenzje od deski do deski. Od przyczynienia się do pozytywnej opini o SNW, którą wielu słuchaczy zwykło krytykować(nie rozumie jak można nie docenić beware czy wspomnianego wyżej cherry waves), po opis samej płytki. Od pierwszego przesłuchania, gdzie klasycznym odczuciem w przypadku tego zespołu, jest wręcz skołowanie, próba odnalezienia motywu przewodniego, klimatu, po przesłuchanie setne, gdzie za każdym razem towarzyszy uczucie odkrywania czegoś nowego, aż w końcu dochodzisz do wniosku, że płyta jest niesamowita i zaczynasz się przyzwyczajać do ciarek na plecach. Czyli Deftones w najlepszym wydaniu. Chłopaki nie stoją w miejscu, na każdym albumie serwują coś nowego, ich muzyka ewoluuje, ale zawsze wiadomo, że to Oni. Jestem bardzo szczęśliwy, że moja miłość z podstawówki czyt. Adrenaline. nie pozostała miłością z podstawówki, serwując teraz, po raz setny przemielony ten sam materiał, jak to się dzieje przy większości współczesnych zespołów tego typu. Nie czuje tego nieprzyjemnego zawodu gdy sięgając po płyte z sentymentu, po paru przesłuchaniach stwierdzasz, że coś tu się wypaliło. I za to należą im się wielkie brawa oby tak dalej!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s