Relacja z koncertu KATATONIA, ALCEST, JUNIUS, 17.11.12, Klub Progresja, Warszawa

Długa podróż pociągiem, przesiadki z autobusu do autobusu, jazda metrem i tramwajem… Masa przygód po drodze. Aż w końcu lekko spóźnieni dotarliśmy pod klub z bardzo charakterystycznym logiem. Z Gdańska do Warszawy, z ciepłego domu do klimatycznego, ozdobionymi masą plakatów klubu. Plakatów artystów, którzy grali tam wcześniej. Wyłowiłem wspaniałe nazwy i zrobiło mi się głupio, że dopiero pierwszy raz tam dotarłem. Po sali kręcił się pan Marek Laskowski, szef Progresji, który na koniec koncertu był wyraźnie zadowolony z tego co działo się na scenie. A show było przednie i utwierdziło mnie w przekonaniu, że mylą się Ci, którzy zarzucają Katatonii smęcenie podczas koncertów. A było pierdolnięcie! No ale po kolei.

Na Junius troszkę się  z Olą spóźniliśmy. Grali w tym czasie Betray The Grave, utwór, który kojarzę najlepiej. Wielkiej konferansjerki z publiką nie było, set był krótki ale zwarty i bardzo klimatyczny. Panowie ciekawie się prezentowali: czterech brodaczy, klasyczne instrumentarium, wszyscy brodaci i statyczni a wokalista w kapturze na głowie przypominał mi Garma z Ulver. Sama muzyka Junius to jakby krzyżówka najbardziej atmosferycznego Deftones i mocnego metalowego przyłożenia. Takiego o lekko doomowym posmaku. Z pewnością będę chciał się zapoznać z ich twórczością bliżej i wgryźć w dyskografię!

Alcest jest już w naszym kraju bardziej znany i dzięki efektom dymnym, wprowadził lekko niepokojącą atmosferę. Muzycy znikali w dymie a same kompozycje skonstruowane w oparciu o hipnotyczne zapętlone motywy i fragmenty stricte black metalowe (perkusyjne napierdalanie, skrzek wokalisty) pozwoliły mi odgadnąć z jakich dźwięków się wywodzą. Widać było, że część publiki bardzo dobrze zna ich dokonania i jest to kolejna, grupa, którą będę musiał sobie zapuścić na słuchawkach w porządnej dawce. Charyzmatyczny wokalista, gitarowy o posturze Petera Steela, basista i perkman. Ponownie cztery osoby na scenie a kreowali taką muzę jakby było ich co najmniej siedmiu. To muzyka dla fanów melancholii i ściółki leśnej. Jak jara Was Sólstafir, klimaty ambientowe, progresywne z lekkimi odchyłami blacku. Zielone światła i dym dały bardzo ciekawe połączenie i odtąd muzyka tej grupy zawsze będzie tego koloru.

Kiedy drugi z supportów się odinstalował i pojawili się techniczni Katatonii, zaczęło się robić tłoczno. Muszę przyznać, że szybko się uwinęli. Fajne były bannery nawiązujące do okładki „Dead End King”, nawet na perkusji był „król”. Po intrygującym intro ruszyło The Patring i publika oszalała. Jonas to bardzo postawny chłop, któremu długie włosy przez większość gigu zasłaniały twarz. Ubrany na czarno robił wrażenie momentami groźne, parę razy nawet ryknął ( „DEEEEEEAAAATTTTHHH” w genialnie odegranym Soil’s Song), a i reszta panów była w nastroju na pewno nie żałobnym. Jonas dużo z publiką nie gadał, zapowiedział kilka kawałków, rzucił kilka „fuckin great” bo przecież nie o to chodziło. Ciarki miałem kilka razy, szczególnie przy utworach z „Viva Emptiness” a więc Burn The Rememberance, Omerta Ghost of The Sun. Alex natomiast czekała na My Twin, które poleciało jako czwarte. Panowie mają stałą setlistę, więc wiedziałem czego się spodziewać, ale i tak było bosko. Było po pięć wałków z nowego krążka i pięć „The Great Cold Distance”, choć poleciało też Teargas, Deadhouse czy bardzo oczekiwane przeze mnie Sweet Nurse. Łącznie dwadzieścia songów z bisami! Piękny pełny set! Trzy kawałki na bis! Tak się to powinno robić! Czy czegoś mi zabrakło? Bardzo lubię A Premonition, Inheritance, The One You Are Looking For Is Not Here, ale cóż wszystkiego mieć nie można. Był za to bardzo dobry koncert jednej z moich ulubionych klimatycznych kapel ostatnich lat. Był nawet momentami dziki headbanging a to za sprawą bardzo ociężałego July, świetnie i energetycznie popłynęły Dead Letters czy Lethean a wyciszyć się mogłem przy The Racing Heart Omerta (ładnie ją zapowiedzieli, a jak grali to miałem łezkę w oku). No i rzecz jasna na stare wałki nie było co liczyć, gdzieś tam słyszałem z tyłu „Brave Murder Daaaaaay”! Ale wiadomo, z Katatonią jak z Anathemą, oni już starych wałków grać nie chcą.

Byłem bardzo syty po tym gigu i wciąż jestem bardzo zadowolony z każdej złotówki zapakowanej w cały ten wyjazd, Ola zresztą tak samo. Do Progresji mam nadzieję będę jeszcze często wracać! Kiedy to piszę jest już po koncercie Pain i Moonspell, a niedługo Kreator, Morbid Angel i Nile. Cóż, na to już nie było mnie stać, musiałem wybrać. Ale wierzę, że kiedyś jeszcze zobaczę wyżej wymienione grupy. Póki co cieszę się z tego co w tym roku widziałem. Na pewno Katatonia znajdzie się w rocznym podsumowaniu koncertowym. A Juniusa i Alcest muszę koniecznie posłuchać czego i Wam radzę! /Stanley

Setlista Katatonii:

1.The Parting

2.Buildings

3.Deliberation

4.My Twin

5.Burn The Rememberance

6.The Racing Heart

7.Letheah

8.Teargas

9.Strained

10.The Longest Year

11.Soil’s Song

12.Omerta

13.Sweet Nurse

14.Deadhouse

15.Ghost of the Sun

16.July

17.Day and Then the Shade

18.Dead Letters

19.Forsaker

20.Leaders

One comment on “Relacja z koncertu KATATONIA, ALCEST, JUNIUS, 17.11.12, Klub Progresja, Warszawa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s