Relacja z koncertu Dark End, God Seed, Rotting Christ, Cradle of Filth – 22.11.12,Klub Progresja, Warszawa

Cradle of Filth:
Tragic Kingdom
Cthulhu Dawn
Funeral in Carpathia
Summer Dying Fast
Lilith Immaculate
Nymphetamine (fix)
For Your Vulgar Delectation
Born in a Burial Gown
Forest Whispers My Name
The Unveiling of O
The Abhorrent
Cruelty and the Beast
Her Ghost in the Fog
From the Cradle to Enslave

Kiedy jechałem w gościnne progi Cioci Progresji, w autobusie pewna starsza pani odczyniła w moim kierunku znak krzyża. Chyba obeznana z tutejszą okolicą wiedziała dokąd, i po co jadę. Nie myliła się, ale to czego byłem świadkiem i uczestnikiem przyprawiłoby ją o wielokrotny zawał serca…

Wchodziłem do Progresji tak jak wchodzi się na slapstickową noir-komedię pełną wyrazistych gestów i patosu. Powitała mnie niemal całkowicie zaciemniona scena z rozstawionymi na niej czaszkami, czarnymi świecami i satanistycznymi znakami. Uśmiech poszerzył mi się jeszcze na ustach – okazało się że mam uczulenie na „szopki” – te chrześcijańskie i te antychrześcijańskie. Wszystko zmieniło się gdy na scenę wkroczyli panowie z Dark End.

Włosi zrobili podręcznikowo dobre pierwsze wrażenie. Całość niesamowicie przypominała Cradle of Filth z okresu do roku 2000. Dark End zrobili z oprawy przekonywującą mroczną psychodramę, z wykorzystaniem, między innymi, korony cierniowej. Całości dopełniła bluźnierczo kadząca się mirra. Złośliwością byłoby powiedzieć, że wokalista zakładając skórzane rękawice z czymś w rodzaju szponów, i intensywnie gestykulując w okolicach głowy, przypominał bollywoodzką tancerkę w wersji goth-zombie.
Dark End absolutnie mnie kupili dobrym połączeniem klimatu i symfoniczno-gotycko-blackowej muzy. Warto przybliżyć sobie ich dokonania jeśli jesteście fanami CoF, Old Man’s Child, czy Vesanii!

Rotting Christ weszli w porównaniu do poprzednika na totalnym luzie, przyjaźnie witając się z równie entuzjastyczną publicznością, wokalista, ku pozytywnemu zaskoczeniu popisał się znajomością koncertowego języka polskiego. Zmiana atmosfery ze złowieszczej w przyjazną mogła przyprawić o szok, zrobiło się nawet jakby jaśniej. Powitał nas po polsku, po czym z energią rozpoczęli set, składający się w dominującej części z repertuaru sprzed „Genesis”.

Grecy jako jedyni tego wieczoru potrafili doprowadzić publikę do wrzenia bez złowieszczej otoczki a nawet z uśmiechem jaki towarzyszy świadomemu i konsekwentnemu działaniu obliczonemu na sukces. Zadziałało nawet na pewnego skinheada, który niemal osamotniony w moshpicie (sorry stary, ja miałem dyktafon w kieszeni) obściskiwał się z przypadkowymi metalowcami, przybijał piątki i pokazywał rrrrogi – widok osobliwie uroczy.

„Warszawa! Dzięki, kurwa!” pożegnał nas Sakis żegnany owacyjnie, przez totalnie ujęty za serca tłum.

God Seed nie wszedł. God Seed wkroczył majestatycznie, mrożąc scenę pod stopami. Ten charakterystyczny, norweski strój gitar sprawia, że szron osadza się na kręgosłupie. Panowie nie bawili się w teatr, muzyka i osobowość God Seed broniła się sama. Grając jedynie repertuar Gorgoroth do roku 2006 obudzili we mnie totalnie inny stan świadomości. Złowieszcza powaga i niedostępność (charakterystyczny, totalny brak konferansjerki) Gaahla, kontrastowały z nieco gwiazdorskim zachowaniem Lusta, któremu zdarzało się pośrodku tego mrocznego piekła, puszczać oczko i uśmiechać się do dziewczyn pod barierkami. Na występ Norwegów czekałem najbardziej, i nie zawiodłem się – znakomita, minimalistyczna sztuka z atmosferą skraplającą się na suficie, powodującą u ludzi szał, gdy otwierali się na przesłanie zespołu.

Występ brytyjskiego Cradle of Filth już tylko z pozycji obserwatora, a i było na co patrzeć! Od strojów przypominających zbroje przez wyraziste zachowanie sceniczne Daniego, po popisy realizatorów koncertu w posługiwaniu się dymiarkami, dymu było miejscami aż za dużo, ale Brytyjc zycy wiedzieli jak zrobić z tego atut.

Zaczęli oczywiście symfoniczną wstawką z offu, po czym uderzyli Tragic Kingdom. Zadali jeszcze trzy ciosy by rozkręcić moshpit, ale nastawienie publiki nie było zbyt wyrozumiałe dla sugestii ze sceny. Muzycznie brakowało mi Liv Kristine we własnej osobie, szczególnie przy Nymphetamine. Słychać było aż za dobrze, że jej partie szły z offu, niekiedy tylko uzupełniane przez panią przy klawiszach (odpowiednio spreparowanymi tak, by ich marką było… Poland). Brak wokalistki Leave’s Eyes to jedyny mankament występu Brytyjczyków. Przekrojowa setlista dała nam solidnie w kość, zespół dawał z siebie wszystko a czternastolatki dawały… no piszczały po prostu.

Wampiry z Suffolk oczywiście bisowały trzema kawałkami, ale na bisie ich gitarzysta Paul, wyglądał na znudzonego, lub zmęczonego, choć to może specyfika jego rysów…

Wychodząc zdążyłem jeszcze ściągnąć uwagę Gaahla i ukłonić się lekko w podziękowaniu za zapadającą w pamięć sztukę, ku mojemu zaskoczeniu odkłonił mi się! Opuszczałem gościnne progi Progresji będąc pod wrażeniem organizacji koncertu i sprawności obsługi technicznej.

Jestem pewny, że nikt, mimo odbywania się koncertu w czwartek, nie żałował ani chwili bo wszyscy dali z siebie maksimum! /66szukaj

watch?v=yZZQL0QwzJw

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s