NILE – At The Gate Of Sethu

1. Enduring the Eternal Molestation of Flame
2. The Fiends Who Come to Steal the Magick of the Deceased
3. The Inevitable Degradation of Flesh
4. When My Wrath is Done
5. Slaves of Xul
6. The Gods Who Light Up the Sky at the Gate of Sethu
7. Natural Liberation of Fear Through the Ritual Deception of Death
8. Ethno-Musicological Cannibalisms
9. Tribunal of the Dead
10. Supreme Humanism of Megalomania
11. The Chaining of the Iniquitous

Nowy materiał od Nile był przeze mnie jednym z najbardziej oczekiwanych materiałów w tym roku. Bardzo cenię ten band bo to właśnie od nich zaczęła się moja przygoda z technicznym, brutalnym do granic możliwości death metalem. Uwielbiam ten zespół nie tylko za wyrazistość na ekstremalnej scenie, ale za całokształt kompozytorski czy nie tuzinkowy warsztat techniczny muzyków, który sprawia że ich numery nie są tylko blastowaniem przez 30 minut, ale posiadają drugie dno.   Z płyty na płytę zespół postawiam sobie poprzeczkę coraz wyżej, starał się kombinować, wprowadzać powiew świeżości w swoich numerach.  Może poza krążkiem Ithyphallic, który był pewnego rodzaju zastojem w ich twórczości no i jak na nich jest bardzo przeciętny.  Brakuje mu duszy, który towarzyszył wcześniejszym dokonaniom załogi prowadzonej przez Karla Sandersa. Po tym krążku nie postawiłem oczywiście przysłowiowego  krzyżyka na zespół.

Mimo słabego Ithyphallic  wiedziałem ,że każdemu mogą zdarzyć się wpadki, nawet tym najlepszym. No i dobrze myślałem bo kapela dwa lata później wydała genialny long Those Whom the Gods Detest. Do dziś uważam je za jedno z najlepszych dzieł jakie wyszło spod ich rąk. Jednak na tym krążku zakończała się gloria i chwała Nile.

W 2012 roku otrzymaliśmy produkt zwący się At the Gate of Sethu i właśnie ten album będzie gwoździem dzisiejszego programu. Nowy stuff to produkt wyczekiwany przeze mnie od pierwszej chwili pojawienia się informacji, że Sanders z załogą siedzi w studiu i nagrywa coś nowego. Czułem, że po mistrzowskim TWTGD dostanę lepszy, albo chociaż zbliżony poziomem album. Już sama okładka bardzo mnie pozytywnie nastrajała. Fajny klimat, kolorystyka utwierdzały  w przekonaniu, że to może być naprawdę wielki materiał.  Krótko przed premierą wyszedł singlowy numer The Fiends Who Come to Steal the Magick of the Deceased (kurwa znowu te długie nazwy kawałków!), który już spowodował u mnie lekki niesmak na twarzy. Nie wiedziałem co sądzić. Niby brzmiał jak stary klasyczny Nile, ale był to wałek , który nie wprowadził mnie w klimat tak charakterystyczny dla muzyki Nile. Nie potrafił zainteresować żadnym riffem, żadnym dźwiękiem (włączył się wtedy pierwszy sygnał alarmowy).  Wokale w tym kawałku ratowały sytuację i prezentowały się w miarę okazale. Boli fakt, że mimo przeciętności tego numeru jest to jeden z słuchalnych numerów tej płyty (zaraz po bardzo dobrym i jedynym numerze, który trzyma poziom starszych dokonań- Supreme Humanism of Megalomania). Cała reszta to w moim odczuciu nieporozumienie.  W kontekście całości  longa tylko gary i sporadycznie wokale dają radę. Drummer kapeli- George Kollias nagrał najlepsze perki w całej swojej karierze. Szybkie, brutalne z charakterystyczną podwójną stopą cykającą w rytm karabinu maszynowego albo i nawet szybciej. No i w sumie to tyle jeżeli chodzi o plusy płyty.

Ufff. I teraz mieszamy z błotem. Kompozycje nie porywają, niektóre są do bólu przewidywalne (co u nich było rzadkością) i przede wszystkim czuć jakby były robione na siłę. Zlepek riffów i dogranych do tego wokali i reszty instrumentarium. Podejrzewam, że gdyby kapela nie nazywała się Nile to nawet egipskie intra wmieszane w album by przynudziły słuchacza i zmusiły go do wyłączenia albumu. Nie wiem jak tak nisko można upaść wypuszczają tak słaby materiał, a może  po prostu zbyt dużo oczekiwałem po tym krążku. Sam już nie wiem. Dostałem materiał, który mimo, że ma na okładce słowo Nile jest gównem totalnym. Nieporozumieniem całkowitym. Rzeczą, która nigdy nie powinna powstać, a na pewno nie powinna być sygnowana nazwą  tak genialnego bandu. Tak to mogą grać kapele z trzeciej ligi, a nie kapela, która jest tym samym dla death metalu czym Slayer dla thrashu.

Reasumując. Płytę przesłuchałem 3 razy, w pełnym skupieniu i za każdym przesłuchaniem zamiast ‘coraz lepiej’ słuchało się tego ‘coraz gorzej’. Nie polecam nikomu. Odczuwam kryzys wieku średniego u Sandersa. Potraktował  swoich słuchaczy nie poważnie wypuszczając takiego gniota na rynek. Stwierdził pewnie, że skoro Morbid Angel czy Deicide mogą wydać słabe albumy to on też. Chyba, że jest też opcja, że egipski misiek myśli, że wydał materiał dobry, ale w takim układzie niech lepiej idzie na emeryturę by niepotrzebnie irytować słuchaczy swoimi nowymi, jakże chujowymi piosenkami.

 Mimo gorzkich słów cały czas mam szacunek do większości twórczości Nile i tak już zostanie. Zawsze z chęcią odpalę sobie   Annihilation of the Wicked i pomacham bańką na lewo i prawo mając cichą nadzieję, że kiedyś jeszcze doczekam się czegoś wybitnego od tej kapeli. /Oli

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s