LED ZEPPELIN – Celebration Day

ledzeppelin1. Good Times, Bad Times

2. Ramble On

3. Black Dog

4. In My Time OF Dyinf

5. For Your Life

6. Trampled Under Foot

7. Nobody’s Fault But Mine

8. No Quater

9. Since I’ve Been Loving You

10. Dazed And Confused

11. Stairway To Heaven

12. The Song Remains The Same

13. Misty Mountain Hop

14. Kashmir

15. Whole Lotta Love

16. Rock And Roll

Widzicie, warto być grzecznym przez cały rok. Można wtedy 6 grudnia znaleźć w bucie na prawdę ciekawe rzeczy. Na ten przykład najnowsze wydawnictwo od Led Zeppelin z zapisem koncertu, jaki dali 10 grudnia 2007 roku w Londyńskiej hali O2. Wówczas to około 20 tysięcy szczęśliwców mogło na żywo stać się świadkami jednorazowego reunionu członków legendarnej formacji. Aby uszczęśliwić tych wszystkich, którzy musieli wtedy obejść się smakiem Led Zeppelin zdecydowało się wypuścić oficjalne wydawnictwo „Celebration Day”, które upamiętnia tamte niesamowite chwile . Dzięki temu, możemy dziś, dokładnie 5 lat po koncercie, cofnąć się w czasie do tych owianych legendą wydarzeń.

Led Zeppelin już wcześniej kilkakrotnie decydowało się na jednorazowe występy w „oryginalnym” składzie ( z Jasonem, synem Johna Bonhama za perkusją), jednak rezultaty tych spotkań nie zawsze były zadowalające. Mimo nerwowej atmosfery towarzyszącej całemu przedsięwzięciu okazało się, że koncert dedykowany pamięci Ahmeta Erteguna – założyciela i wieloletniego szefa Atlantic Records, na tyle spodobał się członom grupy, że Ci podjęli decyzję o oficjalnej dystrybucji nagrań z tego show. W podstawowym wydaniu albumu dostajemy komplet dwóch płyt CD oraz krążek z nagraniem filmowym. Od strony muzycznej nie różnią się one niczym – na obu otrzymujemy ten sam set utworów. Aby lepiej wczuć się w klimat tamtych wydarzeń przyjrzyjmy się wersji DVD.

Pierwsze, co ukazuje się naszym oczom to fragment archiwalnego nagrania przedstawiającego Led Zeppelin w czasach ich młodości. Nie jest to domontowany wstęp, ale oryginale intro, które zobaczyli także fani obecni na żywo. Po tym krótkim wprowadzeniu błyskają światła, a ze sceny płyną pierwsze dźwięki zwiastujące „Good Times, Bad Times”. Muszę przyznać, że chociaż doskonale wiem jak wyglądają obecnie panowie Plant, Page i Jones to w pierwszej chwili, kiedy zobaczyłem ich razem na scenie poczułem się co najmniej dziwnie. Runęło wówczas moje stereotypowe wyobrażenie Led Zeppelin, jako czwórki młodych gości, którzy szaleją na scenie. Lata zrobiły swoje (widać to szczególnie po Page’u), ale na szczęście wygląd to nie wszystko i w trakcie koncertu możemy się przekonać, że członkowie LZ mają jeszcze tyle werwy żeby całkiem żywo powyginać się jeszcze na scenie. Wracając jednak do otwierającego numeru to ten pozostawia niedosyt, brakuje chyba trochę zadziorności z dawnych lat. Można to jednak śmiało zrzucić na tremę czy napięcie, bo potem jest już tylko lepiej. Odegrane następnie „Ramble On” i „Black Dog” to Led Zeppelin za jakim tęskniliśmy. Jest polot, luz i wszystko to, czym zespół zachwycał przed laty. Słuchając tych numerów rzeczywiście można zapomnieć o wieku muzyków. Spokojniej robi się w „In My Time of Dying”. Daje to czas na podziwianie gry JPJ na bezprogowym basie oraz techniki slide w wykonaniu Page’a. Po tym jednak znów przychodzi rockowa jazda w postaci napędzanego wybitnym riffem „For Your Life”. Przed tym numerem Plant znalazł trochę czasu na konferansjerkę. Później jeszcze nie raz  zdarzy mu się zagaić publiczność i generalnie nie można narzekać na ten element. Kontakt z publiką stał na dobrym poziomie. Zostając przy Plancie trzeba przeskoczyć do „Nobody’s Fault but Mine”. Wokaliście należą się niemałe pochwały za wokalizy z tego numeru. Kolejnym szlagierem odegranym tego wieczoru był „Since I’ve Been Loving You”. W tym momencie właśnie zaczął się czas popisów Page’a. To, że umiejętności z wiekiem mu nie ubywa jest sprawą oczywistą, ale trzeba pochwalić też kondycję gitarzysty, który grał niesamowicie ekspresyjnie i ogromnie wczuwał się w każdą nutę. Efektownie wyglądała jego gra w „Dazed and Confused”, kiedy podczas odgrywania partii smyczkiem cała scena pogrążyła się w ciemnościach a obracające się wokół wiązki laserów eksponowały gitarzystę. To był jednak właściwie dopiero początek tego, co najlepsze, bo następne w kolejności było „Stairway To Heaven”,podczas którego nie obyło się oczywiście bez dwugryfowego Gibsona. W przeszłości Plant mocno wzbraniał się przed wykonywaniem tego utworu na żywo tym bardziej trzeba cieszyć się ze świetnego wykonania klasyka. Taki status trzeba zresztą nadać wszystkim numerom, który pojawiały się od tej pory. Nie zawiodło żywiołowe „The Song Remains The Same” , rock’n’rollowe „Misty Mountain Hop” a po zakończeniu odgrywania finałowego „Kashmir” nie brakowało osób ze łzami w oczach. Na szczęście mimo chwilowego zejścia za kulisy Led Zeppelin szybko wróciło na scenę. Nie mogło się przecież obejść bez odegranych na bis „Whole Lotta Love” oraz „Rock and Roll”. Dopiero wtedy doszło do faktycznego zakończenia występu, oryginalni członkowie zespołu podziękowali Jasonowi za wspólny występ i wszyscy razem zeszli ze sceny. To tyle, jeśli chodzi o wrażenia muzyczne z tego wieczoru, ale nam zostaje też ocenić materiał od strony wizualnej. Nie jestem ekspertem w dziedzinie realizacji nagań koncertowych, ale osobiście bardzo podobał mi się zaprezentowany obraz. Jest bardzo dynamiczny, co jeszcze potęguje wrażenie żywiołowości muzyków. Co prawda i bez tego nie można by nic zarzucić energicznym tego wieczoru Plantowi i Page’owi ,ale dzięki takiej realizacji całość wygląda jeszcze lepiej. Ciekawie wypadają też wstawki stylizowane na nagrane starą kamerą, kiedy pojawia się charakterystyczne „ziarno”. Przywołuje to ducha oryginalnych nagrań grupy.

Ciężko napisać coś oryginalnego o tym wydawnictwie. W zasadzie na kartkę cisną się same superlatywy. W końcu już krótko po występie obecni wówczas dziennikarze pisali, że z taką formą Led Zeppelin śmiało może wracać do regularnego grania. To wszystko prawda. Skoro jednak w ciągu pięciu lat do tego nie doszło to i teraz nie ma, co się tego spodziewać. I chociaż wiele na pewno bym dał żeby samemu zobaczyć grupę na żywo, to może i lepiej, że artyści nie zdecydowali się wznowić działalności. To, co udało się raz, niekoniecznie musi wypalić, jako powtarzalna trasa koncertowa, w końcu muzycy mają już swoje lata. Ograniczając się do jednego show na kilka lat (kto wie, może jeszcze kiedyś się uda) grupa dobrze buduje swoją legendę i podsyca zainteresowanie związane z jakąkolwiek formą aktywności. / Dirk

10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s