Jak Oni się zjebali vol. 1- MARILYN MANSON

Ta notka to początek nowego cyklu. „Jak Oni się zjebali”, to seria tekstów, o kapelach, które lubiliśmy i które wydawały według nas dobre albumy, jednak z różnych przyczyn się zjebały.

Obrazek

Brian Hugh Warner- mało osób w show biznesie miało jaja jak ten koleś. Praktycznie nie przypominam sobie, żeby istniał ktokolwiek obok niego i Madonny, kto szokując, przeginając na każdą możliwą stronę byłby tak wielbiony przez tłumy. Można wyliczać osoby, które były popularne poprzez ich skandale, ale w żadnym innym przypadku nie szło to w parze ze znakomita muzyką, oprócz oczywiście niego.

Stylistycznie od początku byli trudni do zgryzienia, ale trafiały się im co jakiś czas hiciory, które praktycznie każdy zna i lubi np. Mega popularne covery „Sweet Dreams” czy „Personal Jesus”.

Można zauważyć tendencję do zmieniania stylu przez MM. Najpierw ciężkie w odbiorze i mroczne „Portrait of an American Family” oraz ich największa perełka- „Antichrist Superstar”. Później osobliwe, dla mnie lekko „kosmiczne” „Mechanical Animals” z najlepszym kawałkiem kapeli oraz jedną z absolutnie najlepszych piosenek jakie kiedykolwiek zostały spłodzone, czyli „Coma White”.

Po tym albumie nastał czas „Holly Wood”, czyli ich najcięższego, najbardziej pachnącego rebelią wobec świata- krążka. „The Golden Ages of Grotesque” może się podobać lub nie, ale trzeba przyznać, że ta płyta niesie ze sobą całą masę hitów- począwszy od „Ths Is the New Shit”, poprzez „mOBSCENE” a skończywszy na chociażby „(s)aint”.

W tym momencie nastał moment, który stał się przełomowy w karierze pełnej raczej wzlotów niż upadków,  czyli wydanie albumu „Lest We Forget” (the best of). Wydanie takiego albumu sugeruje, że kapela zamyka jakiś okres, chce coś podsumować, lub wykonuje skok na kasę. Sam Manson mówił o tej płycie jako o albumie pożegnalnym.

Skład zespołu od zawsze często zmieniany rozkruszył się jeszcze bardziej. częste rotacje nie wpływały dobrze na sytuacje w zespole, co jest oczywiste.

Kolejna płyta to „Eat Me, Drink Me”. Na której jak na żadnej innej widzimy głęboko posuniętą depresję Briana. lata picia i ćpania odbijają się fatalnie na jego związkach. Sam artysta nie radzi sobie ze życiem. Wydaje album maksymalnie ponury, nasączony bólem, to wszystko jest odczuwalne, ale jednak brakuje mu przekonania. Nie wierzę już tak Mansonowi śpiewającemu-

„You press the knife

Against your heart.

And say that,

„I love you, so much you must kill me now.””

(w „If i Was you’re Vampire”)

Jak wtedy, gdy w „Coma White” śpiewał:

„You were from a perfect world
A world that threw me away today
Today today to run away”

To już nie to samo. Marilyn stał się inny. Zestarzał się, to niewątpliwe. Jego starość najlepiej widać na przedostatniej płycie- „The High End of Low”.

Co do samego frontmana, a mówię tylko o nim bo nie można już od kilku lat mówić o zespole Marilyn Manson, zawsze wychodził krok do przodu, ale przez ostatnie kilka lat widać jak nigdy wcześniej, że to On jest dyktatorem, ludzie którzy z nim grają karmią się jego sławą i nikt poza słabym już Twiggym nie potrafi wnieść nic nowego do tego tworu.

Na przedostatniej płycie ucieleśnia się starość, o której już mówiłem, jak nigdzie wcześniej widać brak jaj, brak jakiejkolwiek mocy, nieudaną chęć prowokacji, aż w końcu widać to, że Manson chyba sam sobie nie wierzy, nie wierzy w to co śpiewa, przestał być przekonywujący.

Ale to co najbardziej kuleje przy tej płycie to promocja. Coś co ich zawsze wyróżniało. Nikt nie potrafił robić tak dobrych klipów, do takiej muzyki, nikt nie miał tak dobrych zdjęć promocyjnych jak Oni. Tym razem dostaliśmy nasączone tanią przemocą „Running to the edge of the world”, oraz mocno tripowe (mnie zupełnie nie przekonuje) „Wow

Trasa, libacje, nowe kobiety. Pustelnia.

Przed ostatnią płytą Brian podobno zamknął się w pustelni, co miało zaowocować zupełnie niesamowitym albumem. Jak zawsze obietnice artysty przed wydaniem albumu były ogromne. Wyszło gorzej niż źle.

Born Villain” to zdecydowanie najsłabsza płyta zespołu. Nudne, wtórne, toporne granie, które miało być powrotem do pierwszych płyt zespołu, może nawet flirtem z twórczością Davida Bowie, zupełnie się nie sprawdziło. Kolejny raz dostaliśmy słabiznę, jednak tym razem to zdecydowanie najgorsze dzieło w dorobku kapeli.

Ratują go jedynie klipy, świetny obraz do „No reflection” i koncertowa perełka do „Hey, cruel world”.

Wydaje mi się, że dostaniemy od niego jeszcze ze 2 płyty i zakończy działalność, mając wystarczającą ilość zer na koncie.

Kiedy był młody i rzeczywiście wkurwiony na wszystko, był jednym z najlepszych.

Kiedy się zestarzał stawał się coraz mniej autentyczny. Nie pomaga mu już wrodzona błyskotliwość. Próby poruszenia słuchacza ograniczają się już jedynie do szokujących klipów.

Dla mnie kapela Marilyn Manson od trzech płyt porusza się w kierunku dna. Kiedyś moja ulubiona grupa, dzisiaj popłuczyny po legendzie. /kaspa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s