Jak Oni się zjebali vol. 2- BULLET FOR MY VALENTINE

Otworzyć sprawę można tylko w jeden sposób, a mianowicie, jeżeli nie jesteś fanem ich debiutu, bądź drugiej płyty, odpuść sobie ten artykuł drogi czytelniku.

Dla wielu osób Bullet For My Valentine, to od początku marna kapela, która nic sobą nigdy nie reprezentowała, oprócz tego, jak rynek muzyczny się zmienił (i upodlił).

Bullet For My Valentine

Dla mnie jednak „The Poison”, to pierwsza metalowa płyta, w której się zakochałem. Świetne melodie, wpadające w ucho refreny, parę naprawdę mocnych solówek, przyzwoita instrumentalnie i jak wtedy mi się zdawało- z wielką mocą. Zdaję sobie sprawę z mody na tych Brytyjczyków, rozpoczętej umieszczeniem „Hand of blood” w soundtracku do Need for speed: Most Wanted (skądinąd najlepszej części, upadającej już gry), spowodowanej duża przebojowością, tym, że chłopaki wyglądali ładnie, mieli nasiąknięte emocjami teksty. Mówiło się nawet, że BFMV to emo/screamo. Mnie, jako nastolatka, w etapie przejścia z gimnazjum do technikum też niewątpliwie mocno jarały takie klimaty, z tych a nie innych względów, co wydaje mi się dość naturalne. Moda na metalcore nastała.

Później przyszło „Scream, Aim, Fire”, czyli najbardziej metalowa wersja bulletów. Mocno inspirowani Metallicą, Panterą i Iron Maiden (klasyczne zestawienie) nagrali bardzo dobrą, nowoczesną metalową płytę. Nie od razu przypadła mi do gustu, jednak teraz uznaję, że to najbardziej dojrzały album zespołu i kierunek, z którego nie powinni nigdy zbaczać. Świetne single, po których nie sposób powiedzieć, że ci kolesie nie mają umiejętności do grania dobrej muzyki.

I nagle coś się zepsuło. Nie wiadomo, dlaczego zaczęli kombinować z wokalami w klipie do „Waking the demon”, który był niewątpliwie najmocniejszym kawałkiem z płyty:

Przez cały czas jednak Matt miał wielkie problemy z gardłem (które zaczęły się przed nagraniem płyty), po operacji migdałków nie mógł już jak wcześniej operować screamem. Na koncertach zastępował go basista, któremu raz wychodziło, raz nie i generalnie jego wokale były loterią. Kapela koncertowo zaczęła po prostu dawać dupy, Tuck piszczał jak dziewica, do tego dodawał skrzek 70 letniej staruszki, która jadąc autobusem trzyma dwie reklamówki z niezbędnymi zakupami i nikt nie chce jej ustąpić miejsca.

Nastał czas, kiedy już kapela przestała mnie interesować, miałem kolejne ‘ulubione’, zacząłem słuchać trochę bardziej wyszukanej muzyki, jednak, co jakiś czas odpalałem jedną z dwóch wcześniej wydanych płyt.

Oni po prostu dawali radę. Zdawałem sobie zawsze sprawę z tego, że nie był to szczyt wysublimowania, ale jakoś mi to specjalnie nie przeszkadzało.

Jednak kolejna, trzecia w dorobku płyta, która miała udowodnić, że pójdą w bardziej klasycznym kierunku, okazała się totalną klapą. Posłużę się załącznikiem, w postaci pliku muzycznego:

Zapewnienia o większej brutalności, metalowości (nie wiem czy takie słowo istnieje) szlag trafił. „Fever”, bo tak nazywa się potworek: to zbiór kawałków, które mają się świetnie sprzedać, być może puszczone w jakieś stacyjce radiowej. Na pewno nie mają za zadanie sprostać oczekiwaniom fanom kapeli, którzy z nią zbierali doświadczenia muzyczne, nie mówiąc już o pozyskaniu nowych fanów obytych z gatunkiem itd.

Sądzę, że nie ma co wspominać o dużej ilości nieudanych koncertów.

Czasami zdarzy się taka płyta w karierze zespołu, która jest słaba, po której następuje niespodziewany nawrót na dawne tory i wracają lata świetności. W tym przypadku na pewno tak nie będzie. Świadczą o tym dwa singiel z nadchodzącego wydawnictwa:

Tak prostackiego kawałka dawno nie słyszałem. Oprócz naprawdę dobre solówki, wszystko, dosłownie wszystko jest stoi tutaj na żenującym poziomie. Począwszy od „riffów”, poprzez prostą perkusję, skończywszy na klipie i nowym image członków kapeli.

Najbardziej dziwi mnie to, że ONI POTRAFIĄ DOBRZE GRAĆ. Potrafią, jednak nie chcą tego robić. Matt założył poboczny projekt AxeWound, który też nie jest jakoś wysublimowany, ale świetny na odmóżdżenie, potrzęsienie głową i potupanie nogą, ot żywiołowy metalcore. Jako cała kapela też potrafią to robić. Nagrali świetny cover AC/DC, który będzie stanowił ostatni plik muzyczny (wiem, że dużo ich dzisiaj) w tej notce:

Wniosek z tego taki, że odkryli jak bardzo opłaca się grać pod 16 latka. Przez całe życie. Ciekawi mnie tylko, czy będą to robili za 10 lat, czy jeszcze może jedna, góra dwie płyty i się rozpadną. Wróżę to drugie. /Kaspa

One comment on “Jak Oni się zjebali vol. 2- BULLET FOR MY VALENTINE

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s