RESURGENCY – False Enlightenment

Resurgency

  1. Craniums of Slain Disciples
  2. Ending the Beginning
  3. Black Holes of Antiverse
  4. Dark Revival
  5. False Enlightenment
  6. Hideous Premonition
  7. Where Despair Dominates
  8. Mouth of Hades
  9. Psychosis
  10. Binding is Fatal

Co tam dziś na talerzu? Death Metal… mmmm… z Grecji. Jakieś skojarzenia?

Dead Congregation, Embrace of Thorns… dobry trop, Resurgency przyjęło perkusistę EOT i wyszło im to na dobre. Do tego split ze szwedzkim Desolator. Hellthrasher Productions wyrasta na czarnego konia pierdolonej sonicznej zagłady biorąc pod swoje ostrze takich potępieńców jak Ectovoid, Resurgency, Desolator czy Intestinal. Logo odpowiednio postrzępione, okładka odpowiednio oldschoolowa, żeby wzbudzić apetyt i entuzjazm jeszcze przed naciśnięciem magicznego przycisku ze strzałką. Zniecierpliwiony wgryzam się w „False Enlightenment” jak Grycanki w surowy boczek.

Gitarowe intro sprawiło że moich spodniach zupełnie zabrakło miejsca a dalsze skojarzenia z Funebrarum, Gorephilia czy Mordbrand nasunęły się jak pętla na szyję. Zimny, majestatyczny strój gitar, perkusja z blackową naleciałością, ale o wiele bardziej urozmaicona i techniczna. O gitarach Resurgency można napisać poemat, są diabelnie charakterystyczne, wyższe niż w typowych bandach tego pokroju, czyste a jednak budujące charakterystyczny nastrój od intra.

Perkusyjna wszechstronność zadziwia. Technika zagrania trzech składowych perkusyjnych stylistyk dzieła Greków (Death/Black/Crust) w której pałker odnajduje się mistrzowsko dosłownie urywa łeb wraz z kręgosłupem. Fatality. Flawless Victory. Na wokalach furia rozpierdalająca witraże w kościołach. Nie ma tu zabawy w multigatunkowość. Jest bezkompromisowy rzyg z samej macicy dostosowany bezbłędnie do gitar. Bezlitosny debiut Greków za jakiś czas z pewnością wyskoczy wam w google, kiedy z nudów wpiszecie: „Jak grać pełnokrwisty Death Metal w tym skurwiałym od wszechobecnego core’a świecie?”

Że kadzę? Podpisuję się krwią z własnego odbytu, pod stwierdzeniem, że te lekko ponad 40 minut zawiera wszystkie aspekty Death Metalu podane w świeżej jak ciepłe flaki na śniegu, porywającej formie. Tu, jak w kuchni tajskiej, mamy wszystkie smaki brutalności:

Blasty – ale tam gdzie trzeba. Zwolnienia – wiele włosów stracicie nakurwiając mimowolnie w autobusach. Solówki – tyleż ciężkie, co czyste. Kompozycyjna biegłość gwarantuje, że materiał sprawdzi się zarówno na słuchawkach, jak i na koncertach.

Nie ma czegoś takiego jak „jednokrotne wysłuchanie” tego albumu. Niemcy mówią na to „Ohrwurm”. Grecki monolit zamęczy Wasze odtwarzacze, a Wy poznacie czym jest „syndrom sztokholmski” kiedy wycieńczeni, maniakalnie ścierać będziecie przycisk „repeat”.

Na koniec trzy słowa do ojca prowadzącego: O to chodzi!

/66szukaj

10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s