RIVERSIDE – Shrine Of New Generation Slaves (STANLEY vs OLI)

Riverside - Shrine Of New Generation Slaves

01. New Generation Slave
02. The Depth Of Self-Delusion
03. Celebrity Touch
04. We Got Used To Us
05. Feel Like Falling
06. Deprived (Irretrievably Lost Imagination)
07. Escalator Shrine
08. Coda

+

Bonus CD

o1.Night Session Part One

o2. Night Session Part Two

STANLEY

OCENA: 10

Z perspektywy czasu trylogia „Reality Dream” miała jedną wadę. Riverside przez trzy albumy utrzymywali ten sam lekko odrealniony klimat. I czy słuchaliśmy „Loose Heart” „I Turned You Down” czy „02 Panic Room” mieliśmy do czynienia z narzuconą przez zespół samodyscypliną. Krążki były i są rzecz jasna genialne, ale panowie rozszaleli się dopiero na „Anno Domini High Drginition” albumie, który podziwiam po dziś dzień i stawiam na półce obok „Crack The Skye” Mastodon, „Fear Of The Blank Planet” Porcupine Tree czy „Watershed” Opeth.

„Shrnine Of New Genration Slaves” (spryciarze, wcześniej ADHD, teraz SONGS) to kolejny etap podróży, wzbogacony o nowe środki wyrazu. Jest tu jakby więcej… hmmmm… rock ‚n’ rolla? Więcej luzu? Choćby w „Celebrity Touch” gdzie rozszalały Hammond napędza bardzo skoczny riff. A numer jest opatrzony świetnym, prześmiewczym teledyskiem, w którym nie zabrakło mrocznego finału. Kto widział ten wie o czym mówię. Podobnie ma się sprawa z otwierającym łupnięciem pod postacią „New Generation Slave”, to będzie idealny koncertowy otwieracz. Nie jest to co prawda metalowe wybijanie zębów ale potęga brzmienia ścina z nóg.

Ja to jednak jestem miękki bo serce ściska mi to co dzieje się w „ The Depth Of Self-Delusion”. To w jaki sposób Mariusz Duda prowadzi swoją wokalną interpretacje w tym numerze gdzieś bardzo głęboko wrzyna mi się w umysł i sprawia, że mam ochotę płakać jak małe dziecko. Podobnie jest w najspokojniejszym (tak, tak tylko jeden w pełni balladowy utwór!) „We Got Used To Us” choć do tego numeru podejrzewam, będę się dłużej przekonywać.

Nowością jest z pewnością saksofon, który ubarwia rozmarzony „Deprived (Irretrievably Lost Imagination)”. Bardzo lubię wykorzystywanie instrumentów dętych w takiej muzyce. Do przebojowych i zakorzenionych w klasycznej progresywnej muzie numerów zaliczyłbym jeszcze beztroski „Feels Like Falling”, który sprawia mi nie lada uśmiech na twarzy.

Panowie nie byliby sobą gdyby nie zaserwowali opus magnum, w tym przypadku ponad 12 minutowego „Escalator Shrine”, który zaczyna się orientalnie by odpłynąć w rejony o lekko jazzowym czy nawet bluesowym posmaku. Choć jeśli wsłuchać się w harmonie to brzmi to jak niesamowite zderzenie Led Zeppelin z The Beatles. Oczywiście do czasu ale nie będę Wam psuł zabawy. Stanowczo jeden z najlepszych numerów na krążku! I to „la la la” na koniec! Pure magic!

Na koniec jeszcze króciutka „Coda” (echo „Feels Like Falling”) i… koniec? Nie dla tych zaopatrzonych w wersję rozszerzoną.

A na dodatkowym dysku dwa numery łącznie trwające ponad 21 minut! „Night Sessions part 1 & 2” I tu panowie panowie postawili na podróż z kompozycjami instrumentalnymi. To po części repryza do dania głównego choć jako samoistna EP byłaby daniem smakowitym. Podpowiem jedynie, że pierwsza część jest żywiołowa i pełna dźwięków z różnych muzycznych światów zaś druga to popis saksofonu i klimatu rodem z najbardziej stonowanych utworów Sigur Rós.

Nowa propozycja Riverside to dzieło do długiej kontemplacji, pełne smaczków, pojawiających się nagle niuansów, jest niczym podróż z najlepszym przyjacielem w nieznane. I nie jest to już ten sam zespół co za czasów klasycznej już trylogii. Riverside jest wolne! I ten album jest tego najlepszym manifestem! „SONGS” z pewnością jeszcze długo będzie towarzyszyć mojej codzienności!

OLI

OCENA: 8,5

Od początku tygodnia z zapartym tchem czekałem aż łaskawie pan kurier zapuka do mych drzwi dostarczy przysyłkę wprost z Mystic Production. Przysyłkę niebyle jaką ,bo w końcu nowe dzieło (inaczej tego nazwać nie można) sympatycznego kwartetu ze stolicy. Mowa oczywiście o najnowszym materiale załogi co się Riverside zwie. Gdy paczuszka wylądowała już na moim biurku to rzuciłem się na nią z taką euforią jak małe dziecko rzuca się na paczkę Laysów. Od razu rozpakowałem, wziąłem pudełko do rąk i oniemiałem z wrażenia. Tak pięknie wydanego digipacka dawno nie widziałem. Już za samą szatę graficzną należy się grafikom szacunek. Całość ma spójny, magiczny klimat i świetnie się prezentuje. Wszak nazwa albumu Shrine of New Generation Slaves zobowiązuje. Widząc taką grafikę czym prędzej wrzuciłem krążek do odtwarzacza. Już od pierwszych dźwięków zostałem oczarowany. Dźwięki Hammonda, mięsisty bas i wokal Mariusza! To wszystko się skumulowało i spowodowało przejście dreszczu po moim ciele. Za to właśnie uwielbiam tą kapelę.

Przez cały pierwszy numer towarzyszyły mi przysłowiowe ciary. To samo miałem przy trylogii jak i później przy ADHD, tak teraz mam tutaj. Wiedziałem, że skoro jest taki mocny początek to później może być już tylko lepiej. Nie myliłem się. Łagodny wstęp przerodził się w prawdziwą hard rockową ucztę rodem z lat 70. Jeżeli lubicie Deep Purple na pewno polubicie ten album. Mniej tu zadziornych riffów jak w przypadku ADHD, mniej progresywnych wstawek jak na trylogii. Całość ma zupełnie inny klimat, ale jednocześnie wiadomo, że to cały czas stary/nowy Riverside. Oczywiście nie ma tu neandertalskiej prostoty. Cały czas mamy do czynienia z rozbudowanymi, epickimi numerami, w których sporo się dzieje. Melancholijne czy niemal nostalgiczne fragmenty przeplatają się tutaj z zadziornymi i agresywnym ciężarem gitar czego świetnym przykładem jest chyba najlepszy numer na całym krążku-Escalator Shrine. Oprócz tych rozbudowanych tytanów są tutaj także numery w klimacie starego poczciwego rocka z domieszką współczesnych brzmień. Takim właśnie numer bez wątpienia jest singlowy Celebrity Touch czy Feel Like Feeling, który nieodparcie budzi skojarzenia z twórczością Dream Theater. Największą niespodzianką jest chyba wprowadzenia smaczków w kawałkach. Romantyczna solówka na saksofonie sopranowym w kawałku Deprived robi olbrzymie wrażenie. I tu czapy z głów dla Marcina Odyńca, który wykonał kawał świetnej roboty wpasowując się idealnie w nową stylistykę warszawskiej załogi. Całość zamyka spokojna, króciutka Coda po której chce się ponownie wcisnąć przycisk plej w odtwarzaczu.

Jako maniak cięższych brzmień brakuje mi tu agresji i mocniejszych riffów, które towarzyszyły mym uszom przy słuchaniu ADHD. Ahh pamiętam te niespodziewane blasty w Hybrid Times. Mimo wszystko cieszę się, że zespół postawił na coś nowego, a kiedyś pewnie jeszcze pokażą to swoje, bardziej „metalowe” oblicze, a póki co wypada się cieszyć, że skomponowali tak fajny, przejmujący materiał jakim bez wątpienia jest Shrine of New Generation Slaves . Udowodnili tym, że cały czas są czołówką na progresywnym poletku. Nie tylko w Polsce, ale nawet w Europie. Kto wie, może nawet i na świecie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s