LOVE AND DEATH – Between Here And Lost

Love And Death - Between Here And Lost1. The Abandoning
2. Whip It
3. Watching the Bottom Fall
4. By the Way
5. Meltdown
6. My Disaster
7. I W8 4 U (feat. Mattie Montgomery)
8. Fading Away
9. Paralyzed
10. Chemicals
11. Bruises

Brian Welch to były gitarzysta zespołu Korn. Jego przygoda z zespołem skończyła się w 2005 roku, kiedy to oświecony boską mocą postanowił przyjąć chrzest i nawrócić się. W 2008 roku ukazała się jego debiutancka płyta zatytułowana Save Me from Myself, która pokazała, że Head granie nu metalowe ma we krwi. Mimo że wydawnictwo to muzycznie było zbliżone do Korna, to warstwa tekstowa była zupełnie inna. Był to swoisty przekaz nawrócenia. Chociaż jego dzieło uznane było za solowe, to by grać koncerty musiał skombinować sobie ludzi. Do składu dołączyło 3 muzyków, którzy wraz z Welchem utworzyli twór o nazwie Love and Death. W kwietniu zeszłego roku wydali swoją pierwszą EPkę o nazwie Chemicals, by jakiś czas później wyskoczyć z Between Here and Lost, czyli premierowym longiem.

Osobiście pierwszy album Heada podobał mi się bardziej. Drugi już jako L&D jest również dobry, ale to jednak nie to. Debiut jest spójny i solidnie wykonany. Na BHAL Brian śpiewa, screamuje oraz gra na gitarze. Widać, że włożył sporo serca w to wydawnictwo. Jego głos jest bardzo charakterystyczny, ale również i bardzo wszechstronny. Potrafi wyczyniać z nim naprawdę wielkie rzeczy. Co do samej pracy gitar to jest to klasyczne nu metalowe granie, chociaż z mniejszą dawką surowizny, jaką mogliśmy usłyszeć na początkowych albumach Korna. Co ważne, cała produkcja tego krążka jest o wiele bardziej profesjonalna w porównaniu z solówką. Co do reszty muzyków, wypowiem się w ten sposób- jest po prostu solidnie. Head pozgarniał poszczególnych ludzi, ale musiał się trzymać pewnych kryteriów. Perkusja gra tak jak powinna, co najważniejsze, prowadzi cały zespół we właściwy sposób. Wszystkie partie są klasycznie ze sobą zgrane bez ani grama plastiku. Bas nie przypomina tego Kornowego, no może odrobinę. Widzimy tutaj jednak bardziej klasyczne podejście do szarpania strun, aniżeli jak było to w przypadku pana o pseudonimie Fieldy. Głupio tak troszkę ciągle porównywać ten krążek do zespołu Jonathana Davisa, ale naprawdę wiele charakterystycznych rzeczy zostało przeniesionych na ten record, chociażby niektóre riffy, pełno wokalnych smaczków i ta pewna niespokojna aura, która potrafiła człowieka zabujać na śmierć. To właściwie wszystko, jeżeli chodzi o podobieństwa. Ze stricte autorskich rzeczy mamy tutaj śpiewane czysto wokale, które zapadają nam w pamięć, na swój sposób, robią poszczególne tracki. Poza dosłownie leciutką dawką surowizny, wszystko grane jest w dość spokojny sposób, niektóre refreny przypominają mi momentami nawet Nickelback, co nie jest wadą. Jest to pozytywny aspekt, który w pewien sposób pokazuje, że L&D nie trzyma się sztywno pewnych ram. Nawiążę jeszcze do pierwszego dzieła Heada, które było po prostu bardzo dobre. Chociaż mniej profesjonalnie wykonane, to wszystkich kawałków słuchało się z mocno bijącym sercem. Były pięknie skomponowane i po prostu się nie nudziły. W tym przypadku jest z tym różnie. Pierwsza połowa krążka świetna, druga już trochę nudnawa. Nie będę mówił, że kawałki są na jedno kopyto, bo tak nie jest, ale po prostu nie są tak ładnie skomponowane jak na Save Me From Myself. Innymi słowy, bank riffów oraz samo brzmienie bardziej podobało mi się na SMFM. Przekażę wam jeszcze pewna małą ciekawostkę. Nie wiem czy jest to spowodowane tym, że bardziej siedzę w ekstremalnej muzie, czy może jakimś aspektem trendowym, ale słychać w tym albumie wiele corowych inspiracji, wiosła grają coś na wzór breakdownów, a nagłym zwolnieniom wtóruje naprawdę mocne darcie japy. Byłem tym odrobinę zaskoczony, jednak po jakimś czasie stwierdziłem, że to naprawdę ciekawy i imponujący zabieg.

Najśmieszniejsze jest to, że nie wiem jak ocenić ten album. O jakie ramy mam się tutaj oprzeć. Porównanie z Kornem zostawiam. Jako punkt odniesienia wezmę pierwsze dzieło Heada, które było po prostu czymś naprawdę cudownym, epickim powrotem człowieka, który właściwie rozpoczął nu metal. Był to come back w pięknym stylu. Love and Death to projekt naprawdę solidny, ale czegoś mu brakuje i sądzę, że nie ma on tego co miało SMFM, czyli mistrzostwa od początku do końca, monolitu, który jest po prostu równy. Between Here and Lost równym wydawnictwem nie jest, ale nie jest również czymś beznadziejnym dlatego zdecydowanie zasługuje na ocenę równą 7. 

7

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s