Jak Oni się zjebali vol. 4 – LOSTPROPHETS

Czasem przychodzą trudne dni, kiedy to trzeba rozliczyć się z dorobkiem muzycznym swoich ulubieńców. Jest to wyjątkowo ciężkie, kiedy słucha się danej kapeli od „iks” lat a tu nagle bum! Wielkie rozgoryczenie i żal. Co się z nimi stało? Już od jakiegoś czasu zadaję sobie pytanie, czemu tak dobre kapele silą się na bycie trendy i na czasie. Jeśli przez tyle lat robi się dobrą muzykę, która jest chętnie słuchana przez ogromne grono fanów, to po co te wszystkie zmiany.

Lostprophets odkryłam w 2005r. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam Wake Up, oniemiałam. To było jak objawienie, które sprawiło, że nie mogłam się od nich odłączyć aż do dziś. W czasach, kiedy panował nu metal, chłopaki pokazali, że do tego gatunku muzycznego da się przemycić nowe pomysły i brzmienia. Jako gówniara byłam w nich zakochana po uszy. Potem na MTV zobaczyłam klip do Last Train Home. Ten kawałek ostatecznie skłonił mnie do przesłuchania ich krążka Star Something. Płyta była istną kopalnią hitów. Każdy utwór zasługiwał na teledysk i specjalne traktowanie. Między piosenkami przeplatały się sample i klawisze Jamiego Olivera. Zabieg cudowny i jakże zgrabny. Wszystko tworzyło jedność i niesamowity poziom. Do tego wokal Iana. Pomyślałam sobie, że tak, to jest ten band, którego jestem w stanie pokochać i śledzić każdy krok. Z wypiekami na twarzy czekałam na ich nowe albumy i na koncerty w Polsce. Niestety do żadnego nie doszło. Chłopaki skupili się na grze w Anglii( z pochodzenia są Walijczykami), stanach , Azji( szczególnie Japonia), Australii oraz w państwach europejskich gdzie ich płyta cieszyła się popularnością. W oczekiwaniu na ich następne dokonania, cofnęłam się nieco i sięgnęłam po ich pierwszą płytę Thefakesoundofprogress. Kawał solidnej roboty. Mimo, iż krążek został nagrany w kiepskich warunkach i za małe fundusze, trzymał niesamowity poziom. Właśnie za takim Lostprophets każdy fan tęskni aż do dziś. Słychać w tym melodiach, że to co tworzyli dawniej, to była ich pasja i zamiłowanie. Nic nie było robione na siłę i pod publiczkę. Do czasu. Ich trzecie dziecko Liberation Transmission, było istną porażką. Ta płyta powinna w ogóle nie powstawać a panowie winni są przeprosiny każdemu fanowi, który słuchał ich od zawsze. Projekt ten, był typowym ukłonem do panujących trendów. Nie tylko muzycznych. W czasach kiedy królowało emo, nie tylko zmieniły się brzmienia i teksty, ale również styl zespołu. Długie grzywki, obcisłe spodnie, dopasowane koszule i szelki, pomalowane oczy oraz paznokcie i tysiąc innych modnych elementów. Kilka razy próbowałam się przekonać do tej płyty, chciałam nadal być ich fanką bez względu na to, jak beznadziejną płyte nagrali. Ale tak się nie da! Nie mogłam oszukać swoich uszu oraz doznań estetycznych. Bardzo ubolewałam nad ich losem i wiedziałam, że powstali tylko po to aby grać pod publiczkę i zgarniać za to jak najwięcej pieniędzy. Nagle całe moje zamiłowanie do nich runęło w gruzach. Jak można tak bardzo się sprzedać i zniszczyć sobie wyrobioną i stabilną opinię. Nie tylko wśród krytyków ale przede wszystkich między fanami. Co prawda, nowa muzyka i image, przyczyniły się do napływu nowej grupy miłośników, ale czy było warto? Zdecydowanie nie! Świadectwem tego jest ich czwarta płyta, na której przymilają się do starej publiczności i dawnymi brzmieniami starają się znowu wkupić w łaski. Mimo uprzedzeń dałam się przeprosić i znowu zaczęłam romans z Lostprophets. Krążek The Betrayed dał mi nadzieję w muzykę i w to, że każdy może zabłądzić i w ramach przeprosin dać coś wspaniałego i unikatowego. Album aż kipiał od pozytywnych i energicznych kawałków. Panowie zmyli swój makijaż, założyli normalne ciuchy ale co najważniejsze, powrócili to prawdziwego grania! Znowu zrobiło się zadziornie i konkretnie. Ze łzami w oczach mogłam stwierdzić, że odzyskałam swoich ulubieńców i nie muszę zamartwiać się o ich przyszłość. Co prawda nowe klimaty różniły się od ich dawnych dokonań, ale próbując nowości, poszli oni bardzo dobrym tropem. Starzy fani mogli w końcu odetchnąć z ulgą. Lostprophets wróciło na dobrą stronę mocy! Po The Betrayed przyszedł czas na następny album Weapons. Bardzo bałam się tego, że znowu spotka mnie rozczarowanie i niesmak. Jednak było inaczej. Panowie nagrali znowu świetny krążek. Co prawda, nie były to stare klimaty, ale nadal czułam ich siłę i potencjał. Byłam dupna z Lostprophets i zatraciłam się w świeżych kawałkach.

Wybaczyłam im, że ich trzecia płyta była maksymalnie komercyjna i zrobiona pod publiczkę. To emo dzieło, wymazałam ze swojej podświadomości. Kiedy już byłam pewna, że moja ukochana walijska formacja, nareszcie powróciła w dawnej formie, przyszedł czas na druzgocącą wiadomość. To przesądziło o tych wszystkich latach istnienia Lostprophets. Wokalista zespołu, Ian Watkins, został oskarżony o pedofilię. Na początku myślałam, że to ponury żart, albo news podany z niepewnych źródeł. Dopiero kiedy zaczęły napływać nowe informacje, a policja zbierała co raz więcej dowodów, które miały obarczyć lidera zespołu, cała prawda do mnie dotarła. To był ogromny cios i kubeł zimnej wody wylany na głowy każdego fana. Do tej pory czuję ogromny smutek, żal ale też złość, że mając wszystko można to zniszczyć od tak. Człowiek słucha jakiegoś bandu przez prawie całe życie i nagle dowiaduje się, że jego członek jest zwykłym zwyrodnialcem.  Moja trauma stała się tak głęboka, że nawet słuchając ich piosenek czuję niesmak i smutek, aż coś ściska serce.

Pozostaje tylko współczuć reszcie zespołu. Wątpię bowiem, aby oni też maczali w tym wszystkim palce. Panowie przez te wszystkie lat przynieśli mi niesamowite doznania muzyczne, odmienili mnie oraz moje upodobania. M.in. dzięki nim jestem dziś takim człowiekiem jakim jestem. Mieli swoje dobre czasy, tworzyli wspaniałą muzykę i uszczęśliwiali swoich fanów. Noga podwinęła im się na Liberation Transmission, czego długo nie potrafiłam im wybaczyć, ale wybaczyłam. Teraz pozostają wspomnienia po nich i wszystkich chwilach, w których towarzyszyła mi ich muzyka. Oddaję im zatem hołd ale również pozostawiam słowa wewnętrznego żalu i pewnego obrzydzenia, do przykrych incydentów, które przydarzyły się Ianowi. Zło jednostki przelało szalę goryczy/ Musli

One comment on “Jak Oni się zjebali vol. 4 – LOSTPROPHETS

  1. jeśli jeden człowiek, którego wogóle nie znasz i nigdy na żywo nawet nie widziałaś ma na ciebie taki wpływ to córko i matko, jesteś w niebezpieczeństwie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s