Relacja z koncertu KATATONIA, ALCEST, JUNIUS, 18.11.12, Klub Kwadrat, Kraków

Na polskiej trasie Katatonii  oprócz Warszawy (obszerna relacja Stanley’a stopka niżej ) widniał jeszcze jeden przystanek – Kraków. Klub Kwadrat, który ugościł Szwedów, należy do jednych z lepszych klubów w Krakowie pod względem warunków do organizacji tego  typu koncertów oraz słynie z dobrego nagłośnienia. Wybrałem sie na koncert pełen nadziei na przeżycie niezapomnianych muzycznych wrażeń i nie odstraszało mnie położenie klubu na peryferiach miasta oraz perspektywa czekania po koncercie na nieliczny nocny autobus.

Na europejską trasę Katatonia zaprosiła dwa zespoły: amerykański Junius oraz francuski Alcest. Dobór supportów można określić jednym słowem – znakomity! Niewygórowana cena biletu w wysokości 89 zł nie stanowiła żadnej przeszkody dla fanów Katatonii oraz osób, które chciały zobaczyć dwa ciekawe zaproszone zespoły.

To na co od razu zwróciłem uwagę po wejściu do klubu to merch zespołów. Cena płyt oraz koszulek na pewno zszokowała większość. Cenę koszulek bez wyjątku na zespół – 80 zł jeszcze da się przeżyć (europejski standard, do którego można się już powoli przyzwyczaić). Jednak niezrozumiała była dla mnie cena płyt. 80 zł za digibooka Katatonii „Dead Ends” to przesada, zwłaszcza, że jest dostępny w każdym lepszym sklepie muzycznym w Polsce za ok. 55 zł. Fani Katatonii nie mogli wybrzydzać. Zespół ma już wyrobioną niezłą markę i wzorem największych gwiazd muzyki pop ( czyt. Madonna) zaopatrzył się w przeróżne gadżety typu zapalniczki, breloki czy nawet … obudowa do iphona :).

JUNIUS

Jako pierwszy na scenie zameldował się zespół Junius. Twórczość amerykanów była już mi wcześniej znana, m.in. dzięki wspólnemu splitowi z zespołem Rosetta, który dosyć często gości w naszym kraju. Muzyka Junius jest bardzo melodyjna, oparta na podniosłych refrenach śpiewanych przez charyzmatycznego wokalistę, którego barwa głosu może trochę przypominać Chino z Deftones. Występ Amerykanów wypełniły utwory z dwóch ostatnich płyt, a w szczególności z najnowszej „Reports From the Threshold of Death”. Szkoda, że zespół nie zagrał mojego ulubionego utworu „A Dark Day With Night” z ww.splitu, który idealnie pasowałby do krótkiej, lekko ponad półgodzinnej setlisty. Lekka i przyjemna muzyka amerykanów była smakowitym kąskiem na rozgrzewkę dla krakowskiej publiczności. Zespół zaprezentował się niespodziewanie dobrze. Wszystkie sekcje dobrze ze sobą współgrały. Może odrobinę perkusja była za głośno. Najlepiej wypadły utwory z najnowszej płyty, takie jak: „Betray the Grave” oraz „Transcend the Ghost”, podczas których zespołowi udało wytworzyć wręcz post-rockową ścianę dźwięku. Występ Junius został ciepło przyjęty przez krakowską publiczność. Nie obyło się bez wspólnego klaskania podczas utworów oraz bisu w postaci „Stargazers & Gravediggers”.

ALCEST

Nie będę ukrywał, że Alcest był głównym powodem dla którego zjawiłem tego wieczoru w kwadracie. Gdyby nietuzinkowa postać głównego frontmana grupy – Neige, nie byłoby dzisiaj mody na tzw. blackgaze (black metal + shoegaze). To właśnie Alcest był pionierem nowego gatunku, w którym umiejętnie łączy blackową motorykę utworów z delikatnymi shogazowymi wokalami. Neige niesamowicie ożywił gatunek black metalu. Jego macierzysta kapela oraz poboczne projekty jakie jak: Lantlôs, Old Silver Key, Amesoeurs są inspiracją dla młodych zespołów, które po debiucie Alcest, wyrosły jak grzyby po deszczu.

Setlista Alcesta na europejskiej trasie z Katatonią była już mi wcześniej znana. Zespół skupił się głównie na promowaniu najnowszego wydawnictwa pt.: „Les voyages de l’âme”, z którego po kolei zostały odegrane utwory: „Autre temps”, „La ou naissent les couleurs nouvelles”, „Les voyages de l’âme”. Kulminacyjnym momentem występu francuzów było wykonanie utworu „Percées de lumiere”. Bardzo przebojowy numer oparty na blackowej motoryce porwał do żywszej reakcji nie tylko fanów zespołu, ale również tych, którzy z muzyką Alcest mieli styczność po raz pierwszy. Aplauz publiczności po odegraniu ostatniego utworu „Summer’s Glory” był niesamowity. Krakowska publiczność skandując „Alcest! domagała się bisu. Muzycy podczas składania sprzętu nie ukrywali swej radości, co raz upamiętniając krakowską publiczność na swoich aparatach komórkowych. Mina Neige na widok piszczących dziewczyn z pierwszego rzędu – bezcenna :). Koncert byłoby idealny gdyby nie problemy z nagłośnieniem. Górne rejestry perkusji za bardzo wychodziły na pierwszy plan zagłuszając gitary. Wokal Neige był ledwo słyszalny z wyjątkiem balckowego skrzeku w utworze „Percées de lumiere”. Pomimo tych niedociągnięć Alcest zaprezentował się bardzo dobrze i przez moment poczułem jakby to Franzuzi byli headlinerem wieczoru.

KATATONIA

Katatonia na całej europejskiej trasie gra taki sam set, składający sie z aż 17 utworów, plus 3 na bis. Niestety wzorem innych kapel z doomową przeszłością Szwedzi nie grają już starszych utworów z 3 pierwszych płyt. Wielka szkoda, ponieważ Ci co lubią dawny styl Katatonii i urodzili się 15 lat za późno muszą obejść się smakiem. Lubię „nową Katatonię” tylko do płyty „Viva Emptiness”. Później jakoś zespół obniżył loty, powielając schematy wypracowane przez te wszystkie lata grania. Na szczęście set nie składał się wyłącznie z nowych numerów. Krakowskiej publiczności było dane usłyszeć starsze utwory takie jak: Teargas (Last Fair Deal Gone Down) czy Deadhouse (Discouraged Ones). Najbardziej czekałem na kawałki z ww. „Viva Emptiness” i nie miałem prawa być niezadowolony. Najlepszym momentem krakowskiego koncertu Katatonii był dla mnie utwór „Ghost of the Sun”. Niesamowicie.

przebojowy i emocjonalny kawałek, który świetnie sprawdził się w koncertowej odsłonie. Liczna zgromadzona publiczność w Kwadracie dała upust swoim emocjom podczas prawie 2 godzinnego występu Szwedów. Koncert wypełniony był wspólnie wyśpiewanymi linijkami tekstów, częstym headbangiem oraz crowdsurfingiem. Udało się nawet utworzyć ścianę śmierci podczas ostatniego utworu na bis – „Leaders”. To co mi przeszkadzało podczas koncertu to oszczędny kontakt Jonasa z publicznością. Odniosłem wrażenie, że zespół się spieszy i jest myślami już na kolejnym przystanku europejskiej trasy. Jeśli chodzi o nagłośnienie, to nie spodziewałem się, że Katatonia tak świetnie wypadnie na żywo. Świetna grana sekcji, cudowne solówki oraz Jonas w całkiem niezłej formie wokalnej wprawiły w osłupienie nawet największych sceptyków (czyt. ja). Obyło się bez zbędnego smęcenia. Chwil oddechu było jak na lekarstwo, z jakże pięknie wykonaną balladą „Omerta”. Zespół zdecydowanie obronił utwory z nowej płyty, która nie oszukujmy się, nie należy do wybitnych dzieł Katatonii. Przez 2 h trwania koncertu nie było chwili wytchnienia. Ten szybko mijający czas wypełniły emocjonalne utwory zagrane z rockowo-metalowym pazurem. Aż strach pomyśleć, co by było gdyby Katatonia zagrała dla polskiej publiczności stare doomowe utwory …

Po koncercie nie było problemów z zamienieniem słowa z muzykami supportującymi Katatonię oraz ze zrobieniem wspólnego pamiątkowego zdjęcia. Neige ubrany w koszulkę Slowdive (paradoksalnie słuchałem tego zespołu w drodze do klubu) okazał się przesympatycznym człowiekiem. Podzielił się ze mną swoimi inspiracjami muzycznymi (w tym Slowdive) oraz obiecał, że za rok postara się wrócić do Polski jako headliner.

Madek i Alcest

Niestety później ochrona kazała publiczności opuścić budynek Kwadratu. Najbardziej wytrwali fani Katatonii koczowali pod autokarem muzyków, więc na pewno dostali upragnione autografy od Szwedów. /Madek

Setlista:

JUNIUS

Betray The Grave

All Shall Float

A Universe Without Stars

Spirit Guidance

A Reflection on Fire

Transcend the Ghost

The Antediluvian Fire

Stargazers & Gravediggers

 ALCEST

Autre temps

La ou naissent les couleurs nouvelles

Les voyages de l’âme

Souvenirs d’un autre monde

Percées de lumiere

Summer’s Glory

KATATONIA

1.The Parting – Dead End Kings

2.Buildings – Dead End Kings

3.Deliberation – The Great Cold Distance

4.My Twin – The Great Cold Distance

5.Burn The Rememberance – Viva Emptiness

6.The Racing Heart – Dead End Kings

7.Lethean – Dead End Kings

8.Teargas – Last Fair Deal Gone Down

9.Strained – Tonight’s Decision

10.The Longest Year – Night Is the New Day

11.Soil’s Song – The Great Cold Distance

12.Omerta – Viva Emptiness

13.Sweet Nurse – Last Fair Deal Gone Down

14.Deadhouse – Discouraged Ones

15.Ghost of the Sun – Viva Emptiness

16.July – The Great Cold Distance

17.Day and Then the Shade – Night Is the New Day

18.Dead Letters – Dead End Kings

19.Forsaker – Night Is the New Day

20.Leaders – The Great Cold Distance

Relacja z koncertu KATATONIA, ALCEST, JUNIUS, 17.11.12, Klub Progresja, Warszawa

Długa podróż pociągiem, przesiadki z autobusu do autobusu, jazda metrem i tramwajem… Masa przygód po drodze. Aż w końcu lekko spóźnieni dotarliśmy pod klub z bardzo charakterystycznym logiem. Z Gdańska do Warszawy, z ciepłego domu do klimatycznego, ozdobionymi masą plakatów klubu. Plakatów artystów, którzy grali tam wcześniej. Wyłowiłem wspaniałe nazwy i zrobiło mi się głupio, że dopiero pierwszy raz tam dotarłem. Po sali kręcił się pan Marek Laskowski, szef Progresji, który na koniec koncertu był wyraźnie zadowolony z tego co działo się na scenie. A show było przednie i utwierdziło mnie w przekonaniu, że mylą się Ci, którzy zarzucają Katatonii smęcenie podczas koncertów. A było pierdolnięcie! No ale po kolei.

Na Junius troszkę się  z Olą spóźniliśmy. Grali w tym czasie Betray The Grave, utwór, który kojarzę najlepiej. Wielkiej konferansjerki z publiką nie było, set był krótki ale zwarty i bardzo klimatyczny. Panowie ciekawie się prezentowali: czterech brodaczy, klasyczne instrumentarium, wszyscy brodaci i statyczni a wokalista w kapturze na głowie przypominał mi Garma z Ulver. Sama muzyka Junius to jakby krzyżówka najbardziej atmosferycznego Deftones i mocnego metalowego przyłożenia. Takiego o lekko doomowym posmaku. Z pewnością będę chciał się zapoznać z ich twórczością bliżej i wgryźć w dyskografię!

Alcest jest już w naszym kraju bardziej znany i dzięki efektom dymnym, wprowadził lekko niepokojącą atmosferę. Muzycy znikali w dymie a same kompozycje skonstruowane w oparciu o hipnotyczne zapętlone motywy i fragmenty stricte black metalowe (perkusyjne napierdalanie, skrzek wokalisty) pozwoliły mi odgadnąć z jakich dźwięków się wywodzą. Widać było, że część publiki bardzo dobrze zna ich dokonania i jest to kolejna, grupa, którą będę musiał sobie zapuścić na słuchawkach w porządnej dawce. Charyzmatyczny wokalista, gitarowy o posturze Petera Steela, basista i perkman. Ponownie cztery osoby na scenie a kreowali taką muzę jakby było ich co najmniej siedmiu. To muzyka dla fanów melancholii i ściółki leśnej. Jak jara Was Sólstafir, klimaty ambientowe, progresywne z lekkimi odchyłami blacku. Zielone światła i dym dały bardzo ciekawe połączenie i odtąd muzyka tej grupy zawsze będzie tego koloru.

Kiedy drugi z supportów się odinstalował i pojawili się techniczni Katatonii, zaczęło się robić tłoczno. Muszę przyznać, że szybko się uwinęli. Fajne były bannery nawiązujące do okładki „Dead End King”, nawet na perkusji był „król”. Po intrygującym intro ruszyło The Patring i publika oszalała. Jonas to bardzo postawny chłop, któremu długie włosy przez większość gigu zasłaniały twarz. Ubrany na czarno robił wrażenie momentami groźne, parę razy nawet ryknął ( „DEEEEEEAAAATTTTHHH” w genialnie odegranym Soil’s Song), a i reszta panów była w nastroju na pewno nie żałobnym. Jonas dużo z publiką nie gadał, zapowiedział kilka kawałków, rzucił kilka „fuckin great” bo przecież nie o to chodziło. Ciarki miałem kilka razy, szczególnie przy utworach z „Viva Emptiness” a więc Burn The Rememberance, Omerta Ghost of The Sun. Alex natomiast czekała na My Twin, które poleciało jako czwarte. Panowie mają stałą setlistę, więc wiedziałem czego się spodziewać, ale i tak było bosko. Było po pięć wałków z nowego krążka i pięć „The Great Cold Distance”, choć poleciało też Teargas, Deadhouse czy bardzo oczekiwane przeze mnie Sweet Nurse. Łącznie dwadzieścia songów z bisami! Piękny pełny set! Trzy kawałki na bis! Tak się to powinno robić! Czy czegoś mi zabrakło? Bardzo lubię A Premonition, Inheritance, The One You Are Looking For Is Not Here, ale cóż wszystkiego mieć nie można. Był za to bardzo dobry koncert jednej z moich ulubionych klimatycznych kapel ostatnich lat. Był nawet momentami dziki headbanging a to za sprawą bardzo ociężałego July, świetnie i energetycznie popłynęły Dead Letters czy Lethean a wyciszyć się mogłem przy The Racing Heart Omerta (ładnie ją zapowiedzieli, a jak grali to miałem łezkę w oku). No i rzecz jasna na stare wałki nie było co liczyć, gdzieś tam słyszałem z tyłu „Brave Murder Daaaaaay”! Ale wiadomo, z Katatonią jak z Anathemą, oni już starych wałków grać nie chcą.

Byłem bardzo syty po tym gigu i wciąż jestem bardzo zadowolony z każdej złotówki zapakowanej w cały ten wyjazd, Ola zresztą tak samo. Do Progresji mam nadzieję będę jeszcze często wracać! Kiedy to piszę jest już po koncercie Pain i Moonspell, a niedługo Kreator, Morbid Angel i Nile. Cóż, na to już nie było mnie stać, musiałem wybrać. Ale wierzę, że kiedyś jeszcze zobaczę wyżej wymienione grupy. Póki co cieszę się z tego co w tym roku widziałem. Na pewno Katatonia znajdzie się w rocznym podsumowaniu koncertowym. A Juniusa i Alcest muszę koniecznie posłuchać czego i Wam radzę! /Stanley

Setlista Katatonii:

1.The Parting

2.Buildings

3.Deliberation

4.My Twin

5.Burn The Rememberance

6.The Racing Heart

7.Letheah

8.Teargas

9.Strained

10.The Longest Year

11.Soil’s Song

12.Omerta

13.Sweet Nurse

14.Deadhouse

15.Ghost of the Sun

16.July

17.Day and Then the Shade

18.Dead Letters

19.Forsaker

20.Leaders