„Jak umrzeć, to na scenie” – wywiad z OGOTAY

Świerszcz odpowiedział mi bardzo konkretnie na wszystkie pytania dotyczące bardzo świeżego deathowego mięcha – Ogotay. Ucieszył się, że pamiętam o Yattering, opowiedział o genezie nazwy zespołu, kondycji death metalu nad Wisłą i końcu świata. Zapraszam do lektury! Czytaj dalej

OGOTAY – Eve Of The Last Day

01. A Holy Nothingness…
02. Naked Lunch
03. Hate To Religon
04. End Of The Road
05. I Am Killing
06. System Disease
07. Frantic Laugh
08. Earth
09. Bloodthirsty Madness
10. War Machinery

Pamiętacie jeszcze taką ekipę jak Yattering? No mam nadzieję, bo horda ta swego czasu straszyła i tumaniła siermiężnym death metalem. A w OGOTAY udziela się Svierszcz z tamtego składu. Więc już wiecie czego się możecie spodziewać. Taaaa, mocarne napierdalanie na najwyższych obrotach! Fani Cannibal Corpse powinni się ucieszyć, bo chropowaty sound grupy ma w sobie te same wibracje.  Czytaj dalej

15 muzycznych kopów w tyłek, czyli mocarnego grania część 2

Już w niedzielę wraz z moją ekipą uderzamy na Woodstock! Nie mógłbym zostawić Was bez porządnej lektury do mojego powrotu a ten nastąpi po 5 sierpnia! Przed Wami druga część zestawienia piętnastu kopiących po dupskach grup z różnych muzycznych światków! Dla każdego coś miłego i energetycznego! No to co? Zaczynamy!

1.LUXTORPEDA Już widzę bunt na waszych twarzach! Że jak to? Że twórcy skocznego Autystycznego w tym zestawieniu? Pozory mylą. W Litzy wciąż drzemie ten sam demon co za czasów Acidów, a drugi album grupy jest jeszcze mocniejszy! „Robaki” to materiał trudniejszy dla przeciętnego zjadacza chleba, pojawiają się zagrywki, które przypominają choćby Vadera i Slayer! Nie wierzycie? Do obczajenia petarda (także słowna, Hans nawija z prędkością Serja Tankiana) pod tytułem Mowa trawa. 

Czytaj dalej

Garść koncertowych wspomnień!

Z racji zbliżającego się, trzeciego w moim życiu Woodstocku wzięło mnie na wspominki o sztukach, które już dane mi było widzieć. A było tego całkiem nie mało i w różnych okolicznościach.

Zacznę od tego, że koncerty polskich wykonawców już od ładnych paru lat stoją na bardzo wysokim poziomie. Bardzo mile wspominam koncerty takich artystów jak Hey, Myslovitz, Dżem, Lao Che, Frontside czy Armia. Z Hunterem i Coma (a konkretnie z Drakiem i Rogucem) było mi dane przeprowadzić wywiady.

Od panów z Blindead, przy okazji koncertu The Exploited w Olsztynie osobiście kupowałem koszulkę. Na Jarocinie zakochałem się w Tides From Nebula, by ponownie ujrzeć ich na Rock In Summer. Za każdym razem inaczej wspominam sztuki Acid Drinkers, bywało, że oglądane w nie do końca „trzeźwych” okolicznościach… Świetnie było oglądać też rozwijającą się wciąż Luxtorpedę, szalejącego Litzę i statycznego Hansa.

Z Riverside łączą mnie szczególne wspomnienia, byłem świadkiem odegrania całego „ADHD” i największych hitów w olsztyńskim centrum kultury czego nie zapomnę nigdy, tak samo jak epickiego woodstockowego przedstawienia, o którym już w wspominałem opisując utwór „Left Out”. Miło było też zobaczyć kapelę w Empiku i dostać autografy, to samo tyczy się Hunter, których wspominam jako miłych i rozluźnionych. Przy Hunterach chciałbym się zatrzymać na dłużej. Widziałem ich w odsłonach z Jelonkiem i bez co bardzo różnicowało odbiór. Olsztyński gig w ramach Covan Wake The Fuck Up był zbrodniczo krótki, za to ten w mojej maleńkiej Ostródzie (niestety kojarzonej z Reggae Festivalem) wspaniały i z wyżej wspomnianym skrzypkiem. Czytaj dalej