Cały Lizard King śpiewał! Czyli relacja z koncertu 52 Dębiec w Toruniu

Koncert samej gwiazdy wieczoru trwał prawie dwie godziny! Jednak publiczność była niezmordowana. Część fanów usadowiła się na podestach i na podłodze pod samą sceną. Większość zajęła miejsca stojące. W miniony czwartek, 17.01 w Toruniu wystąpił znany, neo-hip-hopowy skład 52 Dębiec.

214369

Na początku miała zagrać toruńska formacja hip – hopowa Konrad W. & Młodszy, a w rzeczywistości usłyszeliśmy Konrada W.  z kolegą Jeżakiem. Krzysztof Młodszy nie dojechał z racji choroby. Grali tylko 28 minut… Słychać było, że dopiero zaczynają. Jeszcze wiele pracy przed Nimi. Niestety nie udało im się namówić publiczności do powstania od stolików. Czytaj dalej

Relacja z koncertu SOUL PLUNDER i EYE OF VOID 28.12.12, Kielce, Woor

Soul Plunder /Eye Of VoidI po raz kolejny ten sam scenariusz: idę na koncert, patrzę, bawię się. Ale właściwie co z tego? Otóż to, że za każdym razem wychodzę z nieco innym spojrzeniem niż przed wejściem na salę. W tym wypadku idąc na uwielbianą przez kielecką młodzież, choć nie tylko, formację melodic death metalową Soul Plunder, która grała wraz z krakowskim Eye Of Void, przetarłem oczy i zobaczyłem inne oblicze tego co wcześniej już było mi znane. Czytaj dalej

Warszawa Brzmi Ciężko – HATE, LOSTBONE, HELLECTRICITY, THESIS – 16.12.12, Proxima, Warszawa

Niedzielna aura nie zachęcała do wychodzenia z domu, jednak mimo wszystko udało mi się zebrać w sobie i wyruszyć w drogę do warszawskiej Proximy, która tego dnia już po raz czwarty była gospodarzem festiwalu Warszawa Brzmi Ciężko. Jeśli jeszcze nie wiecie, to w ramach przypomnienia wspomnę, że impreza ta jest inicjatywą stołecznego środowiska mającą zaktywizować lokalną scenę i promować młode zespoły. Podczas koncertów na jednej scenie spotykają się uznane firmy i ci jeszcze mniej znani twórcy. Tak też było i tym razem, bo poza grupami wymienionymi w nagłówku przed publicznością zaprezentowała się także Neuronia, Checkpoint, The Stray i Magnificent Muttley. Czytaj dalej

Darmowy Koncert – Metafizyczni, Taste Of Mortality, ADHDUB – 12.12.12 – Woor, Kielce

Gdy młodzi ludzie mają talent znajdują się ludzie dorośli, którzy to doceniają. Widać to po środowym koncercie w kieleckim Woorze. 4 zespoły, które pojawiły się na scenie, byli to „wychowankowie” klubu młodzieżowego Wolna Strefa z osiedla nad Dalnią. Cóż, fakt, że były to młode zespoły, wcale nie dawał się odczuć bo poziom był naprawdę wysoki. Czytaj dalej

Breakdown, breakdown i jeszcze raz bidon – relacja z koncertu ENVY KILLS, JENNA EIGHT*, 1.12.12, Kielce, Klub Woor

Idąc ulicą Paderewskiego w Kielcach zauważyłem plakat informujący że niejaka Jenna Eight* ma zamiar zawitać do kieleckiego Woora. Podejmując spontaniczną decyzję, już wiedziałem jak spędzę pierwszy grudniowy wieczór.

Siedząc przed rozpoczęciem w klubie i obserwując przygotowania do koncertu serce mi się radowało gdyż to właśnie dzięki Jennie mogę powiedzieć, że zacząłem się interesować muzyką core’ową. Dobra, koniec pisania o moim życiu uczuciowym , przejdźmy do koncertu.

Czytaj dalej

Relacja z koncertu Dark End, God Seed, Rotting Christ, Cradle of Filth – 22.11.12,Klub Progresja, Warszawa

Cradle of Filth:
Tragic Kingdom
Cthulhu Dawn
Funeral in Carpathia
Summer Dying Fast
Lilith Immaculate
Nymphetamine (fix)
For Your Vulgar Delectation
Born in a Burial Gown
Forest Whispers My Name
The Unveiling of O
The Abhorrent
Cruelty and the Beast
Her Ghost in the Fog
From the Cradle to Enslave

Kiedy jechałem w gościnne progi Cioci Progresji, w autobusie pewna starsza pani odczyniła w moim kierunku znak krzyża. Chyba obeznana z tutejszą okolicą wiedziała dokąd, i po co jadę. Nie myliła się, ale to czego byłem świadkiem i uczestnikiem przyprawiłoby ją o wielokrotny zawał serca…

Wchodziłem do Progresji tak jak wchodzi się na slapstickową noir-komedię pełną wyrazistych gestów i patosu. Powitała mnie niemal całkowicie zaciemniona scena z rozstawionymi na niej czaszkami, czarnymi świecami i satanistycznymi znakami. Uśmiech poszerzył mi się jeszcze na ustach – okazało się że mam uczulenie na „szopki” – te chrześcijańskie i te antychrześcijańskie. Wszystko zmieniło się gdy na scenę wkroczyli panowie z Dark End.

Włosi zrobili podręcznikowo dobre pierwsze wrażenie. Całość niesamowicie przypominała Cradle of Filth z okresu do roku 2000. Dark End zrobili z oprawy przekonywującą mroczną psychodramę, z wykorzystaniem, między innymi, korony cierniowej. Całości dopełniła bluźnierczo kadząca się mirra. Złośliwością byłoby powiedzieć, że wokalista zakładając skórzane rękawice z czymś w rodzaju szponów, i intensywnie gestykulując w okolicach głowy, przypominał bollywoodzką tancerkę w wersji goth-zombie.
Dark End absolutnie mnie kupili dobrym połączeniem klimatu i symfoniczno-gotycko-blackowej muzy. Warto przybliżyć sobie ich dokonania jeśli jesteście fanami CoF, Old Man’s Child, czy Vesanii!

Rotting Christ weszli w porównaniu do poprzednika na totalnym luzie, przyjaźnie witając się z równie entuzjastyczną publicznością, wokalista, ku pozytywnemu zaskoczeniu popisał się znajomością koncertowego języka polskiego. Zmiana atmosfery ze złowieszczej w przyjazną mogła przyprawić o szok, zrobiło się nawet jakby jaśniej. Powitał nas po polsku, po czym z energią rozpoczęli set, składający się w dominującej części z repertuaru sprzed „Genesis”.

Grecy jako jedyni tego wieczoru potrafili doprowadzić publikę do wrzenia bez złowieszczej otoczki a nawet z uśmiechem jaki towarzyszy świadomemu i konsekwentnemu działaniu obliczonemu na sukces. Zadziałało nawet na pewnego skinheada, który niemal osamotniony w moshpicie (sorry stary, ja miałem dyktafon w kieszeni) obściskiwał się z przypadkowymi metalowcami, przybijał piątki i pokazywał rrrrogi – widok osobliwie uroczy.

„Warszawa! Dzięki, kurwa!” pożegnał nas Sakis żegnany owacyjnie, przez totalnie ujęty za serca tłum.

God Seed nie wszedł. God Seed wkroczył majestatycznie, mrożąc scenę pod stopami. Ten charakterystyczny, norweski strój gitar sprawia, że szron osadza się na kręgosłupie. Panowie nie bawili się w teatr, muzyka i osobowość God Seed broniła się sama. Grając jedynie repertuar Gorgoroth do roku 2006 obudzili we mnie totalnie inny stan świadomości. Złowieszcza powaga i niedostępność (charakterystyczny, totalny brak konferansjerki) Gaahla, kontrastowały z nieco gwiazdorskim zachowaniem Lusta, któremu zdarzało się pośrodku tego mrocznego piekła, puszczać oczko i uśmiechać się do dziewczyn pod barierkami. Na występ Norwegów czekałem najbardziej, i nie zawiodłem się – znakomita, minimalistyczna sztuka z atmosferą skraplającą się na suficie, powodującą u ludzi szał, gdy otwierali się na przesłanie zespołu.

Występ brytyjskiego Cradle of Filth już tylko z pozycji obserwatora, a i było na co patrzeć! Od strojów przypominających zbroje przez wyraziste zachowanie sceniczne Daniego, po popisy realizatorów koncertu w posługiwaniu się dymiarkami, dymu było miejscami aż za dużo, ale Brytyjc zycy wiedzieli jak zrobić z tego atut.

Zaczęli oczywiście symfoniczną wstawką z offu, po czym uderzyli Tragic Kingdom. Zadali jeszcze trzy ciosy by rozkręcić moshpit, ale nastawienie publiki nie było zbyt wyrozumiałe dla sugestii ze sceny. Muzycznie brakowało mi Liv Kristine we własnej osobie, szczególnie przy Nymphetamine. Słychać było aż za dobrze, że jej partie szły z offu, niekiedy tylko uzupełniane przez panią przy klawiszach (odpowiednio spreparowanymi tak, by ich marką było… Poland). Brak wokalistki Leave’s Eyes to jedyny mankament występu Brytyjczyków. Przekrojowa setlista dała nam solidnie w kość, zespół dawał z siebie wszystko a czternastolatki dawały… no piszczały po prostu.

Wampiry z Suffolk oczywiście bisowały trzema kawałkami, ale na bisie ich gitarzysta Paul, wyglądał na znudzonego, lub zmęczonego, choć to może specyfika jego rysów…

Wychodząc zdążyłem jeszcze ściągnąć uwagę Gaahla i ukłonić się lekko w podziękowaniu za zapadającą w pamięć sztukę, ku mojemu zaskoczeniu odkłonił mi się! Opuszczałem gościnne progi Progresji będąc pod wrażeniem organizacji koncertu i sprawności obsługi technicznej.

Jestem pewny, że nikt, mimo odbywania się koncertu w czwartek, nie żałował ani chwili bo wszyscy dali z siebie maksimum! /66szukaj

watch?v=yZZQL0QwzJw

Relacja z koncertu KATATONIA, ALCEST, JUNIUS, 17.11.12, Klub Progresja, Warszawa

Długa podróż pociągiem, przesiadki z autobusu do autobusu, jazda metrem i tramwajem… Masa przygód po drodze. Aż w końcu lekko spóźnieni dotarliśmy pod klub z bardzo charakterystycznym logiem. Z Gdańska do Warszawy, z ciepłego domu do klimatycznego, ozdobionymi masą plakatów klubu. Plakatów artystów, którzy grali tam wcześniej. Wyłowiłem wspaniałe nazwy i zrobiło mi się głupio, że dopiero pierwszy raz tam dotarłem. Po sali kręcił się pan Marek Laskowski, szef Progresji, który na koniec koncertu był wyraźnie zadowolony z tego co działo się na scenie. A show było przednie i utwierdziło mnie w przekonaniu, że mylą się Ci, którzy zarzucają Katatonii smęcenie podczas koncertów. A było pierdolnięcie! No ale po kolei.

Na Junius troszkę się  z Olą spóźniliśmy. Grali w tym czasie Betray The Grave, utwór, który kojarzę najlepiej. Wielkiej konferansjerki z publiką nie było, set był krótki ale zwarty i bardzo klimatyczny. Panowie ciekawie się prezentowali: czterech brodaczy, klasyczne instrumentarium, wszyscy brodaci i statyczni a wokalista w kapturze na głowie przypominał mi Garma z Ulver. Sama muzyka Junius to jakby krzyżówka najbardziej atmosferycznego Deftones i mocnego metalowego przyłożenia. Takiego o lekko doomowym posmaku. Z pewnością będę chciał się zapoznać z ich twórczością bliżej i wgryźć w dyskografię!

Alcest jest już w naszym kraju bardziej znany i dzięki efektom dymnym, wprowadził lekko niepokojącą atmosferę. Muzycy znikali w dymie a same kompozycje skonstruowane w oparciu o hipnotyczne zapętlone motywy i fragmenty stricte black metalowe (perkusyjne napierdalanie, skrzek wokalisty) pozwoliły mi odgadnąć z jakich dźwięków się wywodzą. Widać było, że część publiki bardzo dobrze zna ich dokonania i jest to kolejna, grupa, którą będę musiał sobie zapuścić na słuchawkach w porządnej dawce. Charyzmatyczny wokalista, gitarowy o posturze Petera Steela, basista i perkman. Ponownie cztery osoby na scenie a kreowali taką muzę jakby było ich co najmniej siedmiu. To muzyka dla fanów melancholii i ściółki leśnej. Jak jara Was Sólstafir, klimaty ambientowe, progresywne z lekkimi odchyłami blacku. Zielone światła i dym dały bardzo ciekawe połączenie i odtąd muzyka tej grupy zawsze będzie tego koloru.

Kiedy drugi z supportów się odinstalował i pojawili się techniczni Katatonii, zaczęło się robić tłoczno. Muszę przyznać, że szybko się uwinęli. Fajne były bannery nawiązujące do okładki „Dead End King”, nawet na perkusji był „król”. Po intrygującym intro ruszyło The Patring i publika oszalała. Jonas to bardzo postawny chłop, któremu długie włosy przez większość gigu zasłaniały twarz. Ubrany na czarno robił wrażenie momentami groźne, parę razy nawet ryknął ( „DEEEEEEAAAATTTTHHH” w genialnie odegranym Soil’s Song), a i reszta panów była w nastroju na pewno nie żałobnym. Jonas dużo z publiką nie gadał, zapowiedział kilka kawałków, rzucił kilka „fuckin great” bo przecież nie o to chodziło. Ciarki miałem kilka razy, szczególnie przy utworach z „Viva Emptiness” a więc Burn The Rememberance, Omerta Ghost of The Sun. Alex natomiast czekała na My Twin, które poleciało jako czwarte. Panowie mają stałą setlistę, więc wiedziałem czego się spodziewać, ale i tak było bosko. Było po pięć wałków z nowego krążka i pięć „The Great Cold Distance”, choć poleciało też Teargas, Deadhouse czy bardzo oczekiwane przeze mnie Sweet Nurse. Łącznie dwadzieścia songów z bisami! Piękny pełny set! Trzy kawałki na bis! Tak się to powinno robić! Czy czegoś mi zabrakło? Bardzo lubię A Premonition, Inheritance, The One You Are Looking For Is Not Here, ale cóż wszystkiego mieć nie można. Był za to bardzo dobry koncert jednej z moich ulubionych klimatycznych kapel ostatnich lat. Był nawet momentami dziki headbanging a to za sprawą bardzo ociężałego July, świetnie i energetycznie popłynęły Dead Letters czy Lethean a wyciszyć się mogłem przy The Racing Heart Omerta (ładnie ją zapowiedzieli, a jak grali to miałem łezkę w oku). No i rzecz jasna na stare wałki nie było co liczyć, gdzieś tam słyszałem z tyłu „Brave Murder Daaaaaay”! Ale wiadomo, z Katatonią jak z Anathemą, oni już starych wałków grać nie chcą.

Byłem bardzo syty po tym gigu i wciąż jestem bardzo zadowolony z każdej złotówki zapakowanej w cały ten wyjazd, Ola zresztą tak samo. Do Progresji mam nadzieję będę jeszcze często wracać! Kiedy to piszę jest już po koncercie Pain i Moonspell, a niedługo Kreator, Morbid Angel i Nile. Cóż, na to już nie było mnie stać, musiałem wybrać. Ale wierzę, że kiedyś jeszcze zobaczę wyżej wymienione grupy. Póki co cieszę się z tego co w tym roku widziałem. Na pewno Katatonia znajdzie się w rocznym podsumowaniu koncertowym. A Juniusa i Alcest muszę koniecznie posłuchać czego i Wam radzę! /Stanley

Setlista Katatonii:

1.The Parting

2.Buildings

3.Deliberation

4.My Twin

5.Burn The Rememberance

6.The Racing Heart

7.Letheah

8.Teargas

9.Strained

10.The Longest Year

11.Soil’s Song

12.Omerta

13.Sweet Nurse

14.Deadhouse

15.Ghost of the Sun

16.July

17.Day and Then the Shade

18.Dead Letters

19.Forsaker

20.Leaders

„Serce się cieszy, rany nie bolą” – relacja z koncertu VEIL OF MAYA, THE DEVIL WEARS PRADA, AUGUST BURNS RED,11.11.12, Fabryka, Kraków

Też lubcie mieć rozcięte czoło, kilka guzów, pocięte plecy i przestawiony nos? Jeżeli tak i ominęliście ten gig to jesteście głupcami. Jeżeli tak i byliście tam, to na pewno te symptomy u was wystąpiły. Czytaj dalej

Fotorelacja z koncertu INSIDE AGAIN, ASHTRAY, THESIS – 10.11.12, Klub Mechanik, Warszawa

THESIS

Warszawski klub Mechanik nie jest typowym miejscem, gdzie odbywają się cyklicznie wszelkiej maści rockowe i metalowe koncerty. Niemniej to właśnie ta lokalizacja została wybrana na potrzeby wspólnego występu trzech stołecznych zespołów – prezentującego się, jako gwiazda wieczoru Thesis oraz supportujących go Inside Again oraz Ashtray. Pierwszy raz gościłem w tamtym miejscu, ale trzeba przyznać, że to całkiem dobre miejsce na kameralne rockowe widowisko. Czytaj dalej