STILLBORN – Los Asesinos del Sur

01.  Overture .966
02.  Hymn of Destruction
03.  Diamonds of the Last Water
04.  Antonym
05.  Son of the holy Motherfucker
06.  Blood and Dust
07.  Kot Wolanda
08.  Los Asesinos del Sur
09.  Stillborn II (Singularities of the Ordinary Vulgar Boor)
10.  Whore of the Whores

Będziecie świadkiem całkowitej dźwiękowej anihilacji o ile jeszcze nie byliście, albowiem ostatnie dzieło STILLBORN już jakiś czas temu się ukazało. Ale jebać to, na recenzję takich potworów nie ma dobrego i złego czasu. Takie monstra się po prostu ogłasza. To szaleństwo zawarte na „Los Asesinos del Sur” stopniem swojego zakręcenia i precyzji przypomina „Demigod” Behemoha choć jest jeszcze bardziej wściekłe i bluźniercze (Hymn Of Destruction, Son Of The Holy Motherfucker).

Stłuczka riffów i perkusyjnej zawieruchy w oparach zachłystującego się siarką wokalu to miód na moje skrzywione na punkcie maksymalnie zagęszczonego soundu uszy. Nie dość, że wszystko tutaj skrzypi i jęczy to jeszcze jest złożone w cholerną krucjatę przeciwko wszystkiemu co ludzkie, dobre i w jakikolwiek związane z religią. Opętane „wyrzygi”, śmiechy, i growle podsuwają mi pewną wątpliwość. Czy aby na wokalu jest istota ludzka? Tak wkurwionego kawałka jak Blood And Dust dawno nie słyszałem więc stąd to zapytanie…

Jest też polski akcent na krążku pod postacią Kot Wolanda. Jeśli wiecie jak się zwierzak zwał to gratki i cieszę się, że czytacie dobre książki. Najbardziej epicki numer to tytułowy, ponad sześć minut patroszenia na najwyższym poziomie. Nie gorszy jest Stillborn II do którego powstał znany tu i ówdzie teledysk. Na koncie jeszcze tylko wyjątkowo nośny w sferze gitar Whore of the Whores, o bardzo jasnej wymowie. Pół godziny mija z prędkością światła a we łbie wciąż pykają piekielne płomienie.

Krążek z bardzo silnym materiałem dla fanów tych najbardziej agresywnych odmian deathu czy blacku. Reszta braci nie ma czego tu dla siebie szukać. Ja lubię jak mnie muza po łbie wali. Krążek, który każdy szanujący się fan ekstremy już ma na półce. A jeśli nie to niech się zaopatrzy! 9/10

15 wspaniałych czyli kopania po dupsku część 3

Dziś trzecia już część zestawienia kapel grających głośno, brutalnie i z polotem! Będzie thrash, death, grind, czy deathcore! Endżoj!

1.VIRGIN SNATCH (fot. Iza Kapuściarz) To dobrze znana ekipa wszystkim maniakom naszej sceny. Pokładami energii jakimi emanują podczas koncertów można by obdzielić kilka innych grup. Charyzmatyczny wokalista Zielony ma zawsze świetny kontakt z publiką a czytelnikom prasy muzycznej powinien być znany jako recenzent w Mistic Art. Co do samej muzy, mamy do czynienia z miksem thrashu i deathu podparty znakomitym growlem i czystymi lekko grunge’owymi wokalizami. Gdyby grupa powstała w Stanach to razem z Acidami miała by pewnie status, no powiedzmy, grup takich jak Machine Head czy Testament a tak… tak mamy grupę na światowym poziomie, którą mogliście ostatnio widzieć na żywo choćby na Covan Wake The Fuck Up! Z niecierpliwością czekam na nowy krążek! Tymczasem z ostatniego krążka „Act Of Grace” utwór tytułowy.

Czytaj dalej