Relacja z koncertu Queen Symfonicznie z dnia 28.10.12

Kiedy wchodzę do klubu, w którym ma zaraz odbyć się koncert, w głowie układam sobie scenariusz gigu. Przeważnie znam set listy, wiem, jakich kawałków mogę się spodziewać, wiem, co śpiewać, w którym momencie robić circle pit itd. Wyobrażam sobie, siebie w następny dzień poobijanego, zadrapanego, z milionem siniaków, z bolącą głową, brzuchem i nudnościami (niektórzy nazywają to kacem mordercą), oraz niesamowicie bolącą prawą kostką. Widzę powoli zbierających się ludzi, czuję zapach tłumu, popijam piwo i powoli rozpoznaję twarze, z którymi chwilę później będę się pokojowo okładał w myśl hardcoru.

Tym razem było inaczej. Przed koncertem nie wypiłem ani grama alkoholu, ponieważ chciałem do końca skupić się na muzyce. Usiadłem na wygodnym miejscu siedzącym, a nie rozgrzewałem mięśni przed naparzanką. Spotykaliśmy ludzi ładnie i podobno modnie ubranych, nikt oprócz mnie nie miał koszulki jakiejkolwiek kapeli, co w kontekście zwykłego koncertu wydawałoby się dziwne. Tutaj było bardzo spodziewane. Na występie byłem z dwójką znajomych.

Ona przez jakiś czas myślała, że będzie to ABBA symfonicznie, trochę się zmartwiła, że nie usłyszy „Mamma mia”, ale kiedy doszło do niej, że będzie to Queen, przełknęła to i przeszła z tym do porządku dziennego. On znał kilka kawałków Queen, nie był, nie jest i pewnie nie zostanie ich wielkim fanem, ale na koncert czekał, bo nie wiedział, czego ma się spodziewać.

Szczerze mówiąc nie wiedziałem jak się zachowywać. Nie miałem pojęcia, czy można podśpiewywać sobie kawałki, jeżeli się zna, czy można tańczyć, wstawać, krzyczeć, gwizdać, klaskać.

Nie bywam na tego typu wydarzeniach, więc zupełnie nie wiedziałem jak się zachować. Instynkt podpowiedział mi, żebym po prostu usiadł, czekał i obserwował.

Zaczęło się.

Skrzypce, wiolonczela, kontrabas, flet, klarnet, fortepian, perkusja, do tego chór mieszany.

„Killer queen” idealnie sprawdziło się, jako intro. Po wykonaniu tego kawałka mniej więcej spodziewałem się, co mogę zobaczyć w dalszej części programu. Można było się domyśleć, że track lista będzie bardziej popowa niż rockowa. Jak wiemy Queen miało wiele twarzy. Tą zdecydowanie popową starali się nam przybliżyć muzycy z orkiestry Alle Vienna oraz chórzyści z Vivid Singers. Przyszło mi usłyszeć takie klasyki jak np. „Who wants to live forever”, „Don’t stop me now” czy „Let me live”. Większość wykonana energicznie, z maksymalnym zaangażowaniem. Niestety nie jestem w stanie opisać doskonałości tych dźwięków, ponieważ nie mam bladego pojęcia o grze na skrzypcach i wyżej wymienionych instrumentach. Mogę jedynie wypowiadać się na temat brzmienia. A to było wprost fenomenalne. Włosy jeżyły mi się na plecach przy większości aranżacji, które można było od razu poznać, nawet nie czekając na wejście chóru. Smaczku występowi nadało świetne oświetlenie. Pan przy laptopie nie spał, tylko non stop coś kombinował, przełączał, zmieniał, przesuwał suwaki, efektem, czego dynamiczne oświetlenie dopełniło praktycznie bezbłędne show. Wtedy też przyszedł czas na ostatni kawałek z pierwszej części występu „Show must go on”. Niesamowicie ucieszyłem się z tego numeru, ponieważ jest moim ulubionym z repertuaru Brytyjczyków. Jednak podczas tego był jedynym, który mnie po prostu zawiódł. Jedynie instrumentalna pierwsza zwrotka, chór w refrenie i drugiej, ale wszystko to jakby bez mocy, jakby tak trochę odpuszczone. Po „Show must go on” nastąpiła krótka przerwa na siku i piwko, po czym przebrani muzycy wrócili na scenę. Chórzyści na kolorowo, instrumentaliści w podwiniętych i rozpiętych koszulach (że niby luzacko) przystąpili do dalszej części koncertu. Kontrabas został wymieniony na bas.

„Somebody to love” oraz ‘Love of my life” zakończyły “zwykłą część” występu.

Rozpoczęła się część magiczna. „Bohemian Rhapsody”, które według mnie rozpoczęło tą część brzmiało FE-NO-ME-NAL-NIE! Jeżeli miałbym w kolejności od najlepszych do najgorszych ustawić wszystkie kawałki, jakie słyszałem live, to wykonanie znalazłoby się w pierwszej piętnastce/dwudziestce najlepszych wykonań, jakie słyszałem na koncercie. Rapsodia oczywiście w całości wykonane na żywo (Queen na koncertach puszczali je z taśmy), zmiany tempa, struktura utworu, chórki, magia, czysta, nieskażona magia. Aż się prosiło, aby następnym kawałkiem było „A kind of magic”. Zamiast tego usłyszeliśmy tupanie i klaskanie i wszyscy wiedzieli, że czeka nas „We will rock you” (nawet koleżanka od Abby).

Nastał moment, na który pewnie większość czekała. Pojawił się Freddy! W jego roli łódzki aktor Mariusz Ostrowski. Ubrany w stare, sprane dżinsy, żółtą kurtkę i t-shirt, z zapuszczonym wąsem i charakterystycznym stojakiem na mikrofon wyglądał jak ON. Zaserwował nam wspaniałą kreacje aktorską. Jego gestykulacja, tupanie nogą i okrzyki łudząco przypominały Mercurego. Z roli wokalnej wywiązał się bardzo dobrze, jednak przeszkodziło mu słabe nagłośnienie. W tym miejscu zastanawia mnie jak to możliwe, że wcześniej wszystko brzmiało doskonale, a gwóźdź programu było po prostu zbyt słabo słychać. Ta wpadka nie powinna mieć w ogóle miejsca.

Po „We will rock you”, Freddy wykonał jeszcze „We are the champions”, oraz zniknął. Kto był na koncertach rockowych gwiazd wie, że należy klaskać, tak długo, aż gwiazda nie wyjdzie. Jako ostatnie numery z aktorem dostaliśmy „I want to break free” oraz „Radio Ga ga”, po czym Freddy i zespół zniknęli na dobre. Szczerze mówiąc myślałem, ze to już koniec. Jednak zespół wyszedł jeszcze raz i wykonał po raz drugi „Bohemian Rhapsody”, przy czym drugie wykonanie nie ustępowało pierwszemu. Tak oto zakończył się ten niecodzienny koncert.

Wśród zespołów, których już nie zobaczę, a dałbym się za to pociąć są: Pantera z Dimebagiem, Guns  N’ roses z Izzym Stradlinem, Duffem i Slashem oraz Queen z Freedym Mercurym. Mimo, że nie da się go zastąpić i mimo tego, że był prawdopodobnie najlepszym frontmanem w historii rocka, ten koncert dał mi małą namiastkę tego, co mógłbym zobaczyć na występie Queen.

W ostatnim akapicie apel do wszystkich fanów rocka i metalu: symfoniczne nie są takie złe. Przeżycia dźwiękowe potrafią nie raz o kilka stopni przewyższyć te z występu klasycznej kapeli z dwoma gitarami, basem i garami. Każdy z Was, zapalonych koncertowiczów, powinien, chociaż raz spróbować czegoś takiego. Obiecuję, że się nie zawiedziecie.

 I pozostała tylko smutek, że Freddiego brak. /Kaspa

Za udostępnienie zdjęć dziękujemy panu Michałowi Fogelmanowi http://fogelman.pl/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s