BULLET FOR MY VALENTINE – Temper Temper

Bullet For My Valentine - Temper Temper1.Breaking Point
2.Truth Hurts
3.Temper Temper
4.P.O.W.
5.Dirty Little Secret
6.Leech
7.Dead To The World
8.Riot
9.Saints & Sinners
10.Tears Don’t Fall (Part 2)
11.Livin’ Life (On The Edge of A Knife)

Większość rzeczy, które chciałem napisać o BFMV, napisałem tutaj: https://theeyeofeverystorm.wordpress.com/2013/01/18/jak-oni-sie-zjebali-vol-2-bullet-for-my-valentine/#comments

Tym samym pominę zbędny, nudny i przewidywalny wstęp.

Zakładałem, że będę się niemiłosiernie nudził z tą płytą. Byłem wręcz przekonany, że po tych trzech/czterech odsłuchach, które wystarczą mi do napisania recenzji, więcej do niej nie wrócę, a ją samą zamknę w folderze- NIE WCHODZIĆ KURWA!

Suprise! Może nawet za jakiś czas ją jeszcze odpalę i będę się w miarę dobrze bawił przy odsłuchu.

Zacznijmy więc od początku. Nie ma intra, które tutaj raczej na nic by się zdało, bo to nie album, który urzeknie nas swoim klimatem, wielowątkowością, czy zróżnicowaniem. Pierwszy utwór „Breaking point” to rzecz typowa dla „nowych bulletów”, klasyczny układ, zwrotka, refren, zwrotka, refren, solówka. Od razu nasuwa się myśl, dlaczego singlem był jakiś „Temper Temper” (w ogóle myślałem, że nazwę płytki daje się od najlepszego a nie najsłabszego kawałka), skoro otwierający kawałek jest o klasę lepszy. Najbardziej na całej płycie podoba mi się wokal Matta. Ten gość po prostu umie śpiewać, pozbył się wkurwiającej maniery, którą przez jakiś czas prezentował na koncertach, a do tego czasem coś krzyknie. W muzyce, która teraz prezentują, taka forma wokali jest idealna, co prawda mogłoby być więcej screamów, ale nie czepiam się tego zbyt bardzo. Kawałkami, który chyba najlepiej ilustrują to o czym pisze, są „P.O.W” oraz „Dirty little secret”, swoją droga to chyba według mnie najlepsze fragmenty płyty. Spokojna popierdówka, bez szaleństwa, bez silenia się na coś przełomowego, odkrywczego, technicznego itd. Po prostu taki sobie balladkowy metal/hard rock (idąc typem rozumowania z przełomu lat 80’/90’). Ok, trosze pochwaliłem, ale ten album nie mocny. Jest przeciętny. Tak jak mamy tutaj ze 4 w miarę dobre kawałki, to wszystko jest z adnotacją „w miarę”. Oprócz tych jest kilka totalnych średniaków i kilka muzycznych tragedii. Ostatnią kategorię prezentują single, które ukazały się przed premierą (odsyłam do linku we wstępie), oraz „Tears don’t fall (part 2)”. Zupełnie nie rozumiem jak oni wpadli na pomysł, żeby zrobić taki kawałek. Zjadanie własnego ogona to zbyt mało powiedziane. Walijczycy, próbowali go zjeść, przy czym się dość mocno dławili, w końcu jakoś go przeżuli, ale zrobili po tym mega śmierdząca kupę. Totalny niewypał i rzecz, która nigdy nie powinna się ukazać. Metallica robiła „Unforgiven” w trzech partach, z czego pierwsze dwie są wybitne, trzecia słaba, przy czym trzeci „Unforgiven” jest kawałkiem o niebo lepszym niż „Tears don’t fall II”. To chyba pokazuje poziom zrealizowania tego czegoś.

Nie ukrywam, że męczę się z pisaniem tej recenzji. Płyta, której nie słucha się wcale źle, po dokładniejszej analizie, zawiera bardzo dużo elementów, które ją dyskwalifikują. Mowa tutaj o totalnie cieniutkich riffach. Pewien mój znajomy stwierdził, że co druga kapela garażowa, która już jakiś czas gra robi lepsze, nie sposób się z nim nie zgodzić.

Warstwa liryczna kuleje mocno, podczas gdy dawno temu, pisali świetne teksty.

Brakuje takiego naprawdę wyróżniającego się kawałka, albo chociaż refrenu (nie liczę bonus tracka).

Zbierając wszystko razem: jeżeli drogi czytelniku, nie słuchasz metalu od dawna, albo lubujesz się w kapelach grających proste rzeczy, niekoniecznie mocne, możesz spróbować tej płytki, istnieje duże prawdopodobieństwo, ze ci się bardzo spodoba, wtedy sięgnij po ich wcześniejsze albumy.

Jeżeli słuchasz metalu już jakiś czas to na pewno zetknąłeś się już z Bullet for my valentine, masz do nich wstręt i ta recenzja utwierdzi cię w fakcie, że:

  1. Skończyli się na Kill ‘em all

  2. Zawsze byli chujowi

Jako stary fan, jestem mimo wszystko zawiedziony, ciężko mi się pogodzić z tym, że stali się przeciętnym zespołem. Chociaż dużą rolę przy zapoznawaniu się z ich coraz nowszym materiałem odgrywa u mnie przede wszystkim sentyment, to nie mogę sobie odmówić tego, że ta płyta nie daje dupy totalnie. /Kaspa

5

2 comments on “BULLET FOR MY VALENTINE – Temper Temper

  1. napiszcie coś o Children of Bodom, może nie w ramach „Jak oni się zjebali” ale coś o nich by się przydało. I wasze opinie, co sądzicie o tym zespole, bo wg mnie są w ogóle nieoryginalni, wokal też się nie wyróżnia, a mimo to zyskali dużą popularnośc, co mnie zastanawia. Trochę Bulleci mi ich przypominają swoją muzyką.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s